Umiar i rozsądek należy zachować we wszystkim, nie tylko w zażywaniu suplementów. Natomiast uczynienie właśnie ich obiektem ostrej krytyki nie znajduje uzasadnienia


Marek Rymuszko, Anna Grabska-Walczuk, NŚ 7/2017

W swojej krótkiej replice ograniczymy się do wypunktowania jedynie kilku zagadnień związanych ze wspomnianą publikacją. Poruszone w niej sprawy będą bowiem przedmiotem kolejnych tekstów w napisanych przez innych autorów. Ze swej strony zachęcamy do włączenia się do tej dyskusji wszystkich, którzy w obrębie sygnalizowanego tematu pragną zabrać głos.

Na początku pewna refleksja o charakterze generalnym. To, że

problem suplementów diety budzi kontrowersje

trzeba uznać za rzecz normalną. Co więcej - niekiedy przyczyniając się do tego sami ich producenci niezachowujący w ulotkach i tekstach reklamowych elementarnej ostrożności. Jednocześnie trudno zgodzić się z praktyką prawnego zakazywania używania w tego rodzaju materiałach sformułowania, iż jakiś preparat - mimo że formalnie nie jest lekiem - de facto leczy, gdy takie stwierdzenie poparte jest udokumentowanymi badaniami. Godzi to bowiem z jednej strony, w wolność mediów, z drugiej zaś, w prawo dostępu do informacji tam, gdzie stanowi ona warunek sine qua non podejmowania przez klientów (konsumentów) świadomej, przemyślanej decyzji w oparciu o dostarczoną im rzetelną (to ważne) wiedzę.

Artykuł p. Kingi Buczek pt. O suplementach i witaminach bez euforii przynosi istotne informacje pomagające w poszerzeniu wspomnianej wiedzy. Jednocześnie jednak w odniesieniu do niektórych kwestii prezentuje opinie, z jakimi trudno się zgodzić.

Garść przykładów.

Autorka w swoich wywodach słusznie wskazuje, że podstawowym źródłem uzupełniania niedoborów organizmu w niezbędne składniki powinna być przede wszystkim zdrowa żywność, a zwłaszcza warzywa i owoce.  Rzecz w tym, że jakość dostarczanej obecnie na rynek żywności często, bardzo często drastycznie odbiega od standardów, jakim winna ona odpowiadać, co zasadniczo różni ją od produktów spożywanych sprzed kilkuset, czy nawet jeszcze kilkudziesięciu laty. Stanowi to bezpośredni rezultat postępującego zanieczyszczenia środowiska, w którym żyjemy, powszechnego posługiwania się chemią (vide osławione opryski roślin, czu stosowanie tzw. przyspieszaczy wzrostu warzyw i owoców). Już to - samo przez się - powoduje właśnie konieczność suplementacji tam, gdzie proces dostarczania organizmowi niezbędnych składników został zakłócony ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami.

To prawda, że, jak pisze Pani Kinga Buczek, syntetyczne witaminy nigdy nie zastąpią występujących w naturalnej postaci. Gdy natomiast mówi, że owoce i warzywa, oprócz witamin i soli mineralnych, zawierają jeszcze przynajmniej dwadzieścia tysięcy innych związków fitochemicznych, należałoby dodać, że także w suplementach diety są często zawarte np. polifenole, w skład których wchodzą m.in. bioflawonoidy. Za kompletne zaś już nieporozumienie trzeba uznać stwierdzenie, że zażywanie suplementów diety jest niczym innym, jak uderzeniem w objawy. Nieprawda: pełnowartościowy suplement eliminuje nie tylko objawy dysfunkcji organizmu, lecz również pomaga w usunięciu ich przyczyn (właśnie dlatego polemizowaliśmy stanowczo z tą tezą już w samym tekście w postaci odredakcyjnego przypisu).

Dalej. Autorka pisze np., iż rzekomy

wpływ witaminy C na podniesienie odporności organizmu

nigdy nie został jednoznacznie stwierdzony. To teza całkowicie fałszywa, wprowadzająca czytelnika w błąd i powielająca bezkrytycznie stanowisko Big Pharmy, która deprecjonuje lecznicze właściwości witamin tylko dlatego, że nie może ich opatentować, ergo na tym zarobić. Badania na temat wpływu witaminy C na podniesienie odporności organizmu są, i to całkiem solidne. Będzie o nich wkrótce pisał na naszych łamach m.in. Piotr Derentowicz, tu natomiast ograniczmy się do przywołania znanych na całym świecie badań Instytutu Medycyny Komórkowej i Fundacji dr. Matthiasa Ratha w Kalifornii, a w Polsce doc. dr. hab. Zbigniewa Ożarowskiego.

Czytaj Nieznany Świat w wersji elektronicznej!

W tekście, który komentujemy, w odniesieniu do witaminy C nieporozumień pojawia się więcej. Autorka stwierdza np., że tzw. kwas ascorbinowy (często dodatkowo nazywany L-ascorbinowym, co niby miałoby wskazywać na jego „lepsze” właściwości, choć podobno nie ma to większego znaczenia) jest syntetyczną formą naturalnie występującej w przyrodzie witaminy C. Należy zauważyć, że „L” nie dotyczy lewostronnej rotacji optycznej w roztworach wodnych, lecz - przeciwnie - naturalna witamina C skręca w prawo płaszczyznę polaryzacji. „L” odnosi się do jej konfiguracji przestrzennej i w owocach oraz warzywach mamy do czynienia z kwasem l-askorbinowym. Roboczo więc przyjmijmy, że „L”= l-askorbinowy. W laboratorium można odtworzyć i produkować syntetyczny kwas L-askorbinowy. Czy jest gorszy od naturalnego? Ma identyczną budowę i działanie, co ten pochodzący np. z pietruszki. W niektórych badaniach okazuje się nawet, że forma syntetyczna może być… lepsza (jest np. usuwana z organizmu wolniej). [Źródło: www.badaniabiegania.pl/lewoskrętna-witamina-c-fakty-i-mity-o-kwasie-l-askorbinowym].

Autorka utrzymuje, że z powodu przedawkowania witaminy C w jej organizmie doszło do wielu powikłań, przy czym z opisu wynika, iż były one wręcz dramatyczne. Nie przedstawiła jednak na poparcie wspomnianego związku skutkowo-przyczynowego wyraźnego dowodu. W szczególności nie wiemy, jakie było źródło i przebieg choroby, która spowodowała podjęcie decyzji o intensywnej suplementacji witaminą C. Mówiąc innymi słowy, w ogóle nie wiadomo, czy to właśnie ona stanowiła przyczynę spotęgowania się dolegliwości, czy też zawiniły wcześniejsze dysfunkcje, o których nie ma ani słowa. A to bardzo istotna okoliczność dla oceny całej sytuacji!

Kolejnym nieporozumieniem jest uznanie za kontrowersyjny pomysłu przyjmowania witaminy D w okresie jesienno-zimowym, skoro jej dostateczną dawkę zapewnia regularnie poddawanie się ekspozycji na promienie słoneczne. Gdzie zapewnia, tam zapewnia. W krajach o dużym nasłonecznieniu, owszem, ale co mają zrobić mieszkańcy stref, w których z dobroczynnego działania słońca można korzystać w znacznie ograniczonym zakresie? W norweskim Bergen liczbę słonecznych dni w roku można policzyć na palcach; nie inaczej jest na brytyjskich Szetlandach, a oba przykłady przywołujemy nie bez powodu, gdyż znamy te miejsca z autopsji. Czy tam również uzupełnianie niedoborów witaminy D w inny sposób, niż za pomocą kąpieli słonecznych, jest zbędne?

Nie przesadzajmy także z ostrzeżeniami przed przyjmowaniem syntetycznej witaminy D przez kobiety ciężarne lub karmiące piersią. Chodzi zwłaszcza o popularny środek Vigantol, stosowany w dawkach mających na celu wyeliminowanie (lub zmniejszenie) deficytu witaminy D w organizmie. Jeśli te dopuszczalne dawki nie są przekraczane, nic złego stać się nie może. Natomiast negatywne skutki uboczne przedawkowania czegokolwiek dotyczą wszelkiego rodzaju leków. Także niekiedy i suplementów, jeśli są one zastosowane bez uzasadnionej potrzeby (pamiętajmy, że ich rola sprowadza się do uzupełnienia niedoborów niezbędnych organizmowi składników).

Generalnie rzecz polega na tym, że umiar i rozsądek należy zachować we wszystkim i nie tylko z myślą o zachowaniu dobrego zdrowia. W tej ostatniej dziedzinie zaś zagrożenie stwarzają w pierwszym rzędzie nie, jak można odnieść wrażenie z artykułu p. Kingi Buczek, suplementy diety, lecz produkowane przez Big Pharmę oparte na chemii leki, które, mimo legitymowania się przez ich producentów odpowiednimi zezwoleniami i certyfikatami, potrafią poczynić w organizmie prawdziwe spustoszenie.


Polemika z artykułem Kingi Buczek 

Anna Ostrzycka: Deprecjonowanie suplementów diety i witamin to błąd

Piotr Derentowicz: Jak wylać dziecko z kąpielą

Beata Peszko: Stosowanie naturalnych suplementów diety to konieczność

 

 
 
Powered by JS Network Solutions