Gdy wyjeżdżałem na 10-dniowy kurs Vipassany, organizowany w Krutyni przez Polską Fundację Medytacji VIPASSANA, mój znajomy życzył mi udanego relaksu z medytacjami. Nie wiedział, bo i skąd, że z odpoczynkiem miał ten wyjazd tyle samo wspólnego, co ryba po grecku z Grecją.


Tomasz Kierzkowski, NŚ 7/2017

Przyznam, że ja również nie do końca zdawałem sobie sprawę, na jaką przygodę się zdecydowałem. I pewnie dobrze, że tylko bardzo pobieżnie przeczytałem informację organizatorów dotyczącą programu. Gdybym bowiem doliczył się w niej ponad 110 godzin medytacji siedzącej w ciągu 10 dni, kto wie, czy bym nie zadecydował inaczej.

Powiem też wprost, że tych 10 dni spędzonych głównie na metrze kwadratowym maty medytacyjnej w Krutyni było dla mnie o wiele większym wyzwaniem niż 6 tygodni marszu z plecakiem przez góry Francji i Hiszpanii do Santiago de Compostella. Podczas 840-kilometrowej wędrówki przez Camino, z której relację wydrukował przed laty Nieznany Świat, musiałem zmierzyć się ze słabością ciała. Tu, oprócz słabości ciała

musiałem stawić czoło mocy swojego umysłu, który zaciekle bronił się przed jakąkolwiek próbą okiełznania.

Co mnie skłoniło do wyjazdu do Krutyni?

Na poziomie intelektu już od dawna zgadzam się z tezą, że umysł kreuje naszą rzeczywistość. Gdy jednak ostatnio, coraz intensywniej zacząłem doświadczać działania tego prawa w praktyce, podjąłem poszukiwanie metody umożliwiającej konsekwentne zapanowanie nad samowolną twórczą aktywnością mojego umysłu. Tak na mojej drodze pojawił się najpierw Kurs Cudów - zadziwiające źródło głębokiej i transformującej wiedzy z zakresu duchowości oraz psychologii, którego przekaz bardzo wielu swoich segmentach zbiega się w z wynikami najnowszych badań fizyki kwantowej.

Podczas studiowania Kursu Cudów (proces w toku) od jednego z jego uczestników dowiedziałem się o Vipassanie. Została mi ona zaprezentowana bardzo pobieżnie, dosłownie w kilku słowach jako potężne narzędzie pozwalające bardzo skutecznie podporządkować sobie umysł.

Decyzja zapadła w oka mgnieniu.

Wszyscy znamy metaforę, zgodnie z którą, jeśli się nam nie podoba jakość i treść filmu wyświetlanego w kinie, nie ma sensu atakować ekran, lecz trzeba pomyśleć nad zmianą taśmy i ewentualnie sprawdzić stan projektora.

Mój projektor-umysł pochodzi z późnych lat 50-tych ubiegłego stulecia. Działa w zasadzie jeszcze zupełnie nieźle, ale nigdy dotąd nie był w serwisie. A film? Wydaje się ostatnio jakoś dziwnie zdarty oraz zapętlony.

I właśnie poszukiwania optymalnego punktu serwisowego doprowadziły mnie poprzez Kurs Cudów do przygody z Vipassaną.

W wieczornym zebraniu w przeddzień rozpoczęcia zajęć (dzień „0”), w których uczestniczyło ponad 100 osób, po raz trzeci zostało nam zadane pytanie, czy zobowiązujemy się do pozostania do końca kursu. To, czym mieliśmy się zajmować w ciągu nadchodzących 10 dni, zostało porównane do operacji na otwartym umyśle.

Opuszczenie sali operacyjnej przed zakończeniem zabiegu może być niebezpieczne dla pacjenta – brzmiał przekaz.

Po przydzieleniu miejsc noclegowych (podczas całego trwania kursu obowiązywał rozdział płci) musieliśmy oddać do depozytu wszelkie środki komunikacji ze światem zewnętrznym. Następnie został przedstawiony plan dnia. Wyglądał następująco: pobudka o 4:00, 04:30 pierwsza dwugodzinna medytacja, zaraz po niej śniadanie. Obiad, wydawany o godzinie 11, jest w zasadzie ostatnim posiłkiem w ciągu dnia (z wyjątkiem jabłka z herbatą o 17:00).

Dzień w dzień 11 godzin medytacji na siedząco z niewielkimi przerwami. Od pierwszego do dziewiątego dnia miało obowiązywać tzw. szlachetne milczenie, sprzyjające wyciszeniu umysłu i procesowi introspekcji.

Słynne stwierdzenie Buddy, że źródłem wszelkiego cierpienia są pragnienia jest powszechnie znane. Myślę jednak, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, jaki mechanizm miał na myśli oświecony. W trakcie treningu Vipassany mieliśmy poznać te zależności oraz otrzymać narzędzie do skutecznego wyeliminowania cierpienia we wszelkich jego objawach. Brzmi zbyt pięknie? A może obiecano nam przysłowiowe gruszki na wierzbie?

Czym jest właściwie Vipassana?

To technika licząca sobie ponad 2500 lat. Pochodzi z Indii i nie jest w żaden sposób związana z jakimkolwiek ruchem religijnym. Oznacza widzieć rzeczy takimi, jakie one są, co stanowi główny cel tej medytacji. Przez jej praktykowanie możemy zobaczyć i faktycznie usunąć przyczyny cierpienia, które tkwią w nas samych.

Punktem wyjścia okazuje się tu opisana przez Buddę struktura umysłu oraz schemat odbioru przezeń otaczającej nas rzeczywistości. W skrócie mechanizm ten wygląda następująco:

Pierwszym krokiem na drodze odbioru bodźców zewnętrznych, a wiec swoistą recepcją w gmachu umysłu dla wszelkich sygnałów pochodzących z zewnątrz jest tzw. viññāa. Jej funkcja to po prostu zarejestrowanie, że coś się właśnie wydarza. Bez jakiegokolwiek rozróżniania (o, jakiś dźwięk). Zaraz potem zaczyna działać percepcja oceniająca (sanna), czyli osąd zapadający na podstawie doświadczeń z przeszłości (dźwięk „ładny” lub „brzydki”).

Następnym ogniwem w łańcuchu reakcji umysłu jest vedana powodująca doznanie w ciele – przyjemne lub nie, w zależności od tego, jak bodziec zewnętrzny oceniła osądzająca część umysłu (sanna). Ostatni krok to sankhara, czyli reakcja na doznanie fizyczne. Jeśli okazuje się ono przyjemne – chcemy go więcej (pragnienie); jeśli nieprzyjemne – pragniemy się go pozbyć i przejawiamy niechęć.

vipass

Czytaj artykuł Andrzeja M. Marczewskiego na temat Vipassany z numeru 3/2007

Kluczowym momentem odkrycia Buddy i jednocześnie fundamentem Vipassany jest fakt, iż nigdy nie reagujemy na bodziec zewnętrzny bezpośrednio. Nasza reakcja dotyczy wyłącznie fizycznego doznania w ciele! A więc- nigdy nie reagujemy na faktyczne obiekty (sytuacje) na zewnątrz, lecz tylko na ich obraz stworzony przez nas samych w oparciu o programy i przekonania ukryte w podświadomości.

Wszystko, absolutnie wszystko odbierane z zewnątrz jest uwarunkowane drzemiącymi w podświadomości przekonaniami i programami. 

Mechanizm ten dotyczy wszelkich bodźców zewnętrznych (bez wyjątku), docierających do umysłu za pomocą zmysłów, ale także myśli, które pojawiają się w umyśle.

Po zrozumieniu tego procesu staje się jasne, co miał na myśli Budda twierdząc, że przyczyną cierpienia są pragnienia. Nie pragniemy rzeczy, ludzi i sytuacji, lecz związanych z nimi doznań fizycznych!

Nie boimy się czegoś konkretnego; chcemy za wszelką cenę wyeliminować doznania, które oceniliśmy jako nieprzyjemne! Przy czym etykietki, które nadajemy odczuciom w ciele, nie mają praktycznie żadnego związku z aktualnym bodźcem zewnętrznym, ponieważ są one efektem pracy skażonego przeszłością mechanizmu percepcji. Na wydarzenia świata zewnętrznego reagujemy wiec automatycznie i nieadekwatnie. Reakcja ta pochodzi ze stworzonego w naszym umyśle i zdominowanego przeszłością wyimaginowanego „świata równoległego”.

Zderzenie tych światów powoduje napięcia, stres i cierpienie.

Kulminacją nauk Buddy jest technika oczyszczenia umysłu dzięki samoobserwacji. Cel tego procesu to wyeliminowanie kuglarskich sztuczek mechanizmu percepcji. Trenujemy (wyostrzamy) umysł, aby był on świadomy doznań w ciele, a jednocześnie zachowywał absolutny spokój i równowagę wobec tych doznań. Nasz podświadomy umysł nie jest przy tym wcale taki nieświadomy :-). Okazuje się on w pełni świadomy ciała i znajduje się z nim w stałym kontakcie poprzez odczucia fizyczne.

Doznania pojawiają się w ciele praktycznie bez przerwy. Świadomy umysł większości z nich nie zauważa, ale umysł nieświadomy cały czas reaguje pragnieniami lub niechęcią, w zależności od starych schematów sakhar – i tworzy nowe sankhary.

Medytacja Vipassany polega na obiektywnej (bez etykietek) obserwacji doznań fizycznych w ciele i niereagowaniu na nie. Brak reakcji oznacza niedostarczanie nowych sakkhar. Wówczas na powierzchnię wypływają owoce tych starych. A gdy i one się zużyją, zostają zjedzone ich korzenie – podświadome przekonania. Bo sankhary (reakcje) są naturalnym pożywieniem dla umysłu. Przy braku dostaw nowej strawy umysł czerpie z zapasów.

Wydaje mi się, że gdyby Budda żył w czasach współczesnych, odkryta przez niego metoda dawałaby mu wielką szansę wpisania się w poczet laureatów nagrody Nobla. Pokojowej, rzecz jasna, ponieważ VIPASSANA pozwala osiągnąć pokój w jego najistotniejszej wersji (pokój wewnętrzny).

Jeśli to ja decyduję o swoim samopoczuciu, świat nie ma już na mnie wpływu. Nie jestem zależny od moich reakcji na sytuacje świata zewnętrznego. A więc – przestaję być jego ofiarą.

Również Kurs Cudów uwalnia nas od roli ofiary, chociaż droga ku temu celowi okazuje się odmienna. Tu zaleca się zaniechanie jakichkolwiek emocjonalnych reakcji na wydarzenia świata zewnętrznego poprzez rozpoznanie, że są to jedynie nasze projekcje. Obrazy świata zewnętrznego wywołujące emocje symbolizują to, co w naszym nieświadomym umyśle, ergo czego nie chcemy zaakceptować wewnątrz. Nie chcemy zaś zaakceptować, bo wierzymy, że to niebezpieczne, zagrażające nam. Ale to tylko nasz osad i nasza projekcja. KC podkreśla w tym kontekście ważność procesu przebaczenia: cofnięcia projekcji poprzez uświadomienie sobie faktu, że osoby i wydarzenia w świecie zewnętrznym można porównać do aktorów i scen w sztuce teatralnej, granej według naszego scenariusza i nieistniejących odrębnie od nas. To po prostu nasze myśli. Przebaczenie komunikuje światu i jego cielesnym obrazom, że nie mają już na nas wpływu.

Wszystko na zewnątrz to ja! Jestem przyczyną świata, który widzę, a nie jego ofiarą!

Tyle teoria. A jak wszystko to wygląda w praktyce?

Nasze umysły są poplątane i w związku z tym kreują równie poplątaną rzeczywistość. Nic więc dziwnego, że już pierwszy kurs Vipassany przewiduje ponad 110 godzin medytacji w ciągu 10 dni, a gruba księga z przekazem Kursu Cudów zawiera prawie 600 stron i 365 lekcji na każdy dzień roku.

Trzeba wielkiej wytrwałości i determinacji, aby okiełznać nasz umysł, który jak dziki mustang biega samopas.

Pierwszego dnia w Krutyni rozpoczęliśmy od rana medytację polegająca na obserwacji przepływu oddechu w nosie. Z małymi modyfikacjami trwało to prawie cztery dni – w sumie ponad 35 godzin.

Umysł szalał i buntował się. Wskazywał na bezsens tych wysiłków i co chwila odpływał, bojkotując chwilę obecną oraz niwecząc wszelkie starania uważności.

Podczas wykładu pierwszego dnia dowiedziałem się, że możliwe są kryzysy i że to normalne. Jako najtrudniejsze w tym kontekście zostały wymienione dni drugi oraz szósty. W moim przypadku prognoza ta sprawdziła się w sposób wręcz idealny.

Drugiego dnia nie mogąc wytrzymać w pozycji medytacyjnej z powodu bólu pleców, zwróciłem się do nauczyciela z prośba o wydzielenie specjalnego oparcia (coś w rodzaju góralskiego drewnianego zydelka, tylko bez nóg), które zaobserwowałem u kilku osób. Niestety, spotkałem się z odmową - wraz z jednoczesną obietnicą, że jeśli ból nie ustąpi do końca następnego dnia, wrócimy do tematu.

Cierpienie… Obym szybciej otrzymał instrument do walki z nim, który obiecywał Budda... Na szczęście trzeciego dnia ból praktycznie ustąpił i już do końca nie miałem żadnych problemów z utrzymaniem pozycji medytacyjnej.

Kryzys dnia szóstego (a właściwie nocy z 5/6) był zdecydowanie poważniejszy. Gdy po wieczornej medytacji byłem już w łóżku zalała mnie nagle fala energii, która, niczym kula energetyczna, przeleciała od palców stóp do czaszki. Pojawiły się bardzo silne zawroty i ból głowy, serce wyskakiwało z piersi. Jestem przekonany, że poziom ciśnienia osiągnął życiowy rekord. Całą noc nie zmrużyłem oka. Jednocześnie, niczym serie z karabinu maszynowego, atakowały mnie najczarniejsze z czarnych myśli, malując scenariusze rozwoju wydarzeń w absolutnie wszystkich obszarach życia mogących posłużyć jako kanwa dla przynajmniej kilku filmów z gatunku ostrego horroru. Nad ranem byłem w zasadzie przekonany, że pora pakować manatki i jak najszybciej zakończyć cały eksperyment.

Jednak około południa sytuacja wróciła do normy. Zaświeciło słońce, a ja kontynuowałem to, co miałem robić.

Od piątego dnia medytacyjna poprzeczka została nieco podniesiona. Już do końca pobytu bowiem 3-godzinne medytacje (o 08:00, 14:30 i 18:00) otrzymały status „medytacji z determinacją”. Polegało to na tym, że trzeba było wytrzymać całą godzinę bez zmiany położenia rąk i nóg, a więc praktycznie bez ruchu, niezależnie od bólu i innych doznań w ciele.

Początek okazał się bardzo trudny, ale już dwa dni później zauważyłem ze zdumieniem, że praktycznie wszystkie medytacje (z wyjątkiem dwugodzinnej) wykonuję „z determinacją” bez zmiany pozycji.

Czwartego dnia po południu zaczęła się praktyka właściwej Vipassany.

Pamiętam dokładnie ten moment, gdy, zgodnie z instrukcją, przeniosłem uwagę z okolic nosa na czubek głowy i nie mogłem oprzeć się odczuciu, że znalazła się tam rozżarzona do czerwoności moneta.

Dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że prawie 4-dniowe monotonne ćwiczenia oddechowe, których celem miało być uspokojenie i wyostrzenie umysłu, miały jednak sens.

Skalpel wydawał się być gotowy do operacji.

Rozpoczęło się, trwające 6 dni, skanowanie ciała według pewnych algorytmów przekazywanych podczas codziennych wieczornych wykładów.

Przekaz nauk Buddy w pigułce można by sprowadzić do następujących wskazówek:

  • Ponad wszystko zachowaj równowagę umysłu. Nie reaguj emocjonalnie na sytuacje zewnętrzne, bo i tak nie widzisz, jakim to jest naprawdę.
  • Pamiętaj, że nie ma możliwości bezpośredniej reakcji na jakikolwiek bodziec zewnętrzny lub myśl pojawiające się w umyśle.
  • Zawsze reagujesz jedynie na doznanie w ciele fizycznym, które jest uwarunkowane pracą części percepcyjnej umysłu ( a więc- nie widzisz rzeczy takimi, jakimi są one naprawdę). 
  • Reagujesz automatycznie na podstawie przekonań i programów zawartych w umyśle podświadomym (sankhary).
  • Innymi słowy- widzisz tylko przeszłość.
  • Nie osądzaj więc nikogo i niczego. To bez sensu.

Ciekawe, że analogiczne stwierdzenia dotyczące świata zewnętrznego i naszej jego percepcji są fundamentem przeslania Kursu Cudów.

Cokolwiek widzę, nic nie znaczy. Lekcja 1 KC

Nadałem temu, co widzę, całe znaczenie, jakie to dla mnie ma. L2 KC

Jestem zaniepokojony, ponieważ widzę to, czego nie ma. L6 KC

Widzę tylko przeszłość. L7 KC

Niczego nie widzę takim, jakim jest teraz. L9 KC

Nie widzę żadnych neutralnych rzeczy. L17 KC

Wymyśliłem sobie świat, który widzę. L32 KC

Jest inny sposób patrzenia na świat. L33 KC

Bóg jest umysłem, którym myślę. L45 KC

Czym jest zatem Kurs Cudów? W największym skrócie to trening umysłu uwalniający nas od ludzkiej odrębnej tożsamości, którą sami wytworzyliśmy. Resetując umysł do „ustawień fabrycznych” sprawia, że po pewnym czasie już nic nie jest takim, jakim było wcześniej.

Albo inaczej mówiąc: wszystko staje się takim, jakim naprawdę było zawsze, a o czym po prostu zapomnieliśmy. Kurs Cudów usuwa wiec to, co nigdy nie było prawdziwe. Nic nie stwarza, a jedynie odczynia. Przypomina, kim naprawdę jesteśmy, przywraca nasza pełnię.

Kurs Cudów to trening umysłu, który konsekwentnie doprowadza nas do momentu, w którym mówimy sytuacjom: Stop, dość, to już mi nie służy, co pozwala odzyskać osobistą moc. Moc, którą mieliśmy zawsze, z tym, że używaliśmy jej w niewłaściwy sposób. Zasilaliśmy przekonania o naszym oddzieleniu od Źródła, o tym, ze jesteśmy ofiarami świata zmuszonymi do reagowania w pełni lęku, co się wokół dzieje. Według wiary waszej będzie wam dane.

 

nowgru

Na kursie w Nowych Gutach (2016)

 

Zawsze otrzymujemy to, w co wierzymy. Wierzymy tak, jakie mamy przekonania.

Teraz, poprzez przypomnienie sobie, kim naprawdę jesteśmy, decydujemy inaczej. Świat na zewnątrz, będący niczym innym jak odbiciem naszych myśli, zmienia się wraz ze zmianą tego, co myślimy o sobie. Bo wszystko, co w nim widzimy, odzwierciedla właśnie nasz osąd nad samym sobą („świat to ja”).

Istotą obu opisywanych treningów umysłu jest praca nad umysłem z nim w celu jego oczyszczenia (Vipassana), albo uzdrowienia (Kurs Cudów).

Czysty umysł – według Buddy – to umysł oczyszczony z podświadomych przekonań i programów, wolny od sankhar (automatycznych reakcji), pozwalający odbierać bez zniekształceń prawdziwy świat i niepowodujący cierpienia. Kurs Cudów natomiast podkreśla konieczność uzdrowienia umysłu poprzez wyzwolenie spod panowania ego (ze wszystkimi jego programami) i oddanie go w ręce Ducha Świętego. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie zobaczyć prawdziwy świat stworzony przez Boga, gdyż świat będący wytworem ego, prawdziwy nie jest.

Obie praktyki nawołują do intensywnej pracy nad umysłem i wykorzystują wydarzenia w świecie zewnętrznym do jego uzdrowienia. Bo wszystkie przedmioty i wydarzenia „tam na zewnątrz” są odbiciem zalegających w naszym umyśle treści i umożliwiają poznanie własnej podświadomości.

W Vipassanie narzędziem jest koncentracja umysłu na doznaniach w ciele, dzięki której medytujący może przebić się przez kurtynę iluzji oddzielającą od rzeczywistości. Kurs Cudów natomiast podaje nam inny, niezwykły sposób wykorzystania tego, co widzimy, do oczyszczenia naszego umysłu. Droga wiedzie poprzez cofniecie projekcji i przebaczenie („to wszystko na zewnątrz to ja!”).

Wspólnym mianownikiem treningu umysłu, według Vipassany i Kursu Cudów, jest również finalny wniosek dotyczący braku realności materii i jej szczególnej części-naszych ciał. Systematycznie prowadzona medytacja wglądu doprowadza do osiągniecia tzw. stanu „bhanga” (rozpuszczenia). Doświadczamy w nim ulotności wszystkiego, co jest.

Wszystko pojawia się i zanika. Cała materia jest oceanem fal światła i wibracji i tylko wysoka częstotliwość tego procesu stwarza iluzję trwałości. Osiągnięcie tego stanu pozwala wycofać się z przywiązania do ciała i identyfikacji z nim.

Natomiast w lekcji 199 Kursu Cudów (Nie jestem ciałem, jestem wolny) czytamy m.in.: Osiągnięcie wolności nie jest możliwe, dopóki identyfikujesz się z ciałem. Ciało jest ograniczeniem. Ten, kto szuka wolności w ciele, szuka jej tam, gdzie nie można jej znaleźć. Umysł zostanie uwolniony, gdy przestanie myśleć, że znajduje się w ciele – ściśle z nim związany i chroniony jego obecnością.(…)

I dalej:

Jeżeli chcesz zrobić postępy w tym kursie, ważne jest, abyś przyjął dzisiejszą myśl i bardzo ją cenił. Nie przejmuj się tym, że dla ego jest ona całkiem szalona. Ego ceni ciało, ponieważ w nim mieszka i żyje połączone z domem, które wytworzyło. Ciało stanowi część złudzenia, które uchroniło ego przed obnażeniem jego iluzoryczności.

VIPASSANA i Kurs Cudów należą do najważniejszych odkryć na drodze mojego duchowego rozwoju. Jeśli zgodzimy się z tezą, że umysł jest mechanizmem kreującym rzeczywistość (również naszego ciała), nie sposób przecenić ich rolę jako instrumentu oczyszczającego i uzdrawiającego własny mechanizm twórczy, a także w kształtowaniu zdrowego i harmonicznego życia. Ubocznym efektem praktykowania Kursu Cudów i Vipassany jest obserwowane bardzo często ustąpienie najróżniejszych chorób psychosomatycznych.

Zapomnijmy o porzekadle: W zdrowym ciele zdrowy duch. Okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie.

Bardzo chętnie opowiem zainteresowanym osobom o swoich osobistych doświadczeniach z treningiem Vipassany i Kursu Cudów oraz ciekawych synergiach płynących z jednoczesnej praktyki ich obu. Służę również dostępem do albumu fotek z wędrówki do Santiago de Compostella oraz pamiętnika z tej „podróży życia”.

Zapraszam również na Facebookowych „7 kroków za horyzont”, gdzie zamieszczam komentarze dotyczące moich pasji oraz odkryć (tych małych oraz większych) dokonanych podczas wędrówki przez życie. Adres mailowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 
 
Powered by JS Network Solutions