Rozmowa z dr. Ebenem Alexandrem, neurochirurgiem, autorem książki Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo. Mózg ogranicza świadomość, stanowi nakładany na nią filtr. Gdy umiera ciało, ten filtr zostaje zdjęty i wtedy przechodzi się do innego wymiaru bardziej rzeczywistego i wyrazistego niż nasz. Śmierć jest przebudzeniem

– Rozpoczynamy magazyn „Sztuka Życia”. Przy mikrofonie Hanna Zielińska, a z nami w studiu jest już nasz wyjątkowy gość, Eben Alexander – neurochirurg, autor książki "Dowód". Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo”. Taki długi tytuł, bo to też taka niezwykła książka. Dzień dobry.

– Dzień dobry.

Prezentowana przez nas publikacja stanowi zapis wywiadu, jakiego podczas swojego niedawnego pobytu w Warszawie udzielił Radiu TOK FM amerykański neurochirurg, doktor Eben Alexander, autor książki Dowód, która okazała się światowym bestsellerem, wywołując poruszenie także w kręgach naukowych (w Polsce wydał ją w 2013 roku Instytut Wydawniczy ZNAK). Tę interesującą rozmowę, jaką z dr. Ebenem Alexandrem przeprowadziła red. Hanna Zielińska, prezentujemy za zgodą rozgłośni, która ją wyemitowała. W drukowanym tekście dokonaliśmy jedynie kosmetycznych skrótów fonicznego zapisu, świadomie zachowując chropowatość stylu wielu fragmentów prowadzonego na antenie dialogu (co w przypadku audycji radiowych jest nieuniknione) po to, by dodatkowo podkreślić jego dramaturgię oraz klimat. Przypomnijmy także, że tom dr. Ebena Alexandra, który w efekcie zapalenia opon mózgowych zapadł w śpiączkę i –podczas, gdy koledzy lekarze przez tydzień walczyli o jego życie, odbył mistyczną podróż w inny wymiar (on sam mówi, że była ona tak realna w swoim przebiegu i zapamiętanych szczegółach, jak rzeczywistość, w której istniejemy) – od wielu miesięcy utrzymuje się na czołowych miejscach listy dziesięciu najlepiej sprzedających się książek w Księgarni NŚ.
Redakcja.

– (...) Nasz gość przeżył śmierć kliniczną, o niej za chwilę będziemy rozmawiać. Pańska książka w tytule ma słowo „dowód”. Z naukowego punktu widzenia, jak wiele osób wskazuje, argumentuje, dowodem nie jest. Mam przed sobą cytat profesora Jerzego Vetulaniego, polskiego neurobiologa, który powiedział, że „żaden sędzia nie przyjmie jako dowodu zeznań jednego świadka, który jest w stanie nietrzeźwości”. To bardzo mocne słowa i od nich chciałabym zacząć. O jakim dowodzie ta książka mówi?

– Wydaje mi przede wszystkim, że najważniejsze jest pamiętać, że w moim przypadku doszło do bardzo szybkiej utraty funkcji działania mózgu. Niemniej jednak pomimo to miałem bardzo bogate doświadczenia, bardzo bogate przeżycia. Prawdopodobnie najwięcej z tych przeżyć miałem pomiędzy pierwszym a piątym dniem z siedmiu przebywania w stanie śpiączki.

Zaczęło się od tego, że bardzo szybko postępowało bakteryjne zapalenie opon mózgowych, co doprowadziło do uszkodzenia i zniszczenia funkcji kory nowej. Doszło również do uszkodzenia funkcjonowania pnia mózgu i ten stan trwał przez siedem dni. Przed zapadnięciem w śpiączkę  będąc lekarzem, twierdziłem, że pacjent w takim przypadku nie powinien niczego odczuwać ani niczego przeżywać. Niemniej jednak, mimo że zapalenie opon mózgowych doprowadziło do całkowitego usunięcia jakiejkolwiek mojej pamięci, miałem bardzo bogate, realne przeżycie.

Kiedy się wybudziłem, na początku próbowałem uzasadnić to działaniem mózgu. Próbowałem zrozumieć, czy te doświadczenia mogą być jego produktem (zwłaszcza że) to, co zobaczyłem, było zbyt realne, zbyt rzeczywiste, by być prawdziwe. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że to, co widziałem, nie było wytworem działania mózgu, nie było w tej materii, nie było w tym wszechświecie. To, czego doświadczyłem, odbyło się innym wszechświecie.

To, co zobaczyłem, jest bardzo spójne z tym i odwołuje się do tego, co jest opisywane w wszelkich innych tysiącach przekazów, które są obecne w ludzkości już od tysięcy lat (...) i moim zdaniem ta książka jest dowodem istnienia właśnie tego wymiaru.

W odpowiedzi na pierwsze pytanie zawarł Pan sporo wątków, które chciałabym poruszyć. Będziemy je zatem po kolei rozwijać. Znamy już zatem podstawę tej historii. 10 listopada 2008 roku zapadł Pan na rzadką odmianę zapalenia opon mózgowych. Co się działo wtedy z mózgiem, pozostaje w pewnym sensie tajemnicą. Powiedział Pan, że wtedy w trakcie śpiączki występował brak zapisu pracy kory mózgowej, jednak wizje, których Pan doświadczył, były bardzo bogate, bardzo szczegółowe i, jak sam Pan to stwierdził, tak rzeczywiste, że aż niemożliwe, by były prawdą. W związku z tym pojawia się pytanie: jeśli to nie mózg wytworzył te wizje, nazywane przez niektórych halucynacjami... jeśli to nie mózg, jeśli to nie było źródło wewnętrzne, (to) czym te wizje, halucynacje (pewnie nie zgodzi się Pan na takie określenie) były? Jak można je nazwać inaczej?

– Ów wymiar jest de facto podstawą tego wymiaru, tej rzeczywistości, którą znamy. Sceptycy, a ja też byłem sceptykiem, twierdzą, że to byłoby zbyt rzeczywiste, by być realne. Sam próbowałem przez dłuższy okres czasu opisać to jako wytwór działania mojego mózgu. Starałem się zrozumieć tak naprawdę, czy to coś, co widziałem, mogło być wygenerowane przez mój mózg. W moim przypadku doszło do tego, że kora nowa – a powinniśmy pamiętać, że kora nowa jest tym najbardziej doskonałym kalkulatorem, który posiada mózg człowieka... – ten kalkulator został wyłączony. Dlatego też, gdy przebywałem w krainie dżdżownicy, miałem pewne przeżycia, doświadczenia, które moim zdaniem były lepszym produktem, który mózg mógł wygenerować o resztkę tej fizyczności, która wówczas jeszcze pozostawała (tak w zapisie fonicznym – przyp. NŚ). Natomiast, gdy przechodziłem dalej, wychodziłem z krainy z perspektywy dżdżownicy, przechodziłem już do tunelu, dalej do rdzenia i byłem prowadzony przez wyraźne jasne światło, stanąłem w obliczu pewnego wyzwania, jak to wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć... Prowadziłem też dyskusje z kolegami.

Zastanawiałem się nad tym i moim zdaniem wszystko sprowadza się do tego, że to nie jest tak, że mózg tworzy świadomość. Dzieje się na odwrót. Świadomość jest ograniczana przez mózg do pewnej prymitywnej postaci, która okazuje się niezbędna do tego, byśmy tutaj mogli istnieć. Czyli mózg stanowi de facto filtr nakładany na świadomość.

Następnie, gdy umiera ciało, umiera mózg, ten filtr jest zdejmowany i wtedy ta świadomość przechodzi do tego innego wymiaru, który jest znacznie bardziej wyrazistym, rzeczywistym wymiarem. To przesłanie jest też powtarzane przez te osoby, które doświadczyły stanu bliskiego śmierci, również przez mistyków i proroków. Widzimy to w pismach (przypuszczalnie: relacjach - przyp. NŚ) już od tysięcy lat, a moje doświadczenie jedynie potwierdza, że ów wymiar jest prawdziwy i (...) stanowi podstawę naszego, obecnego tu wymiaru. W książce porównuję to doefektu wschodzącego słońca.

(Chodzi o to, że) wiedza, którą tutaj posiadamy, działa mniej więcej jak wschodzące słońce. To jest ta nasza tymczasowa świadomość. Słońce, kiedy wznosi się, wschodzi, przesłania sobą, swoim blaskiem, swoim światłem cały Kosmos, który przecież istnieje. Czyli jesteśmy oślepiani przez błysk tego światła. Następnie, gdy już tego światła nie ma, nie ma efektu oślepienia, widzimy inny wymiar, znacznie głębszy, większy. Wtedy nagle rozumiesz, że de facto świadomość stanowi byt połączony z innymi świadomościami, a wszyscy jesteśmy połączeni w Bogu miłującym, wszechwiedzącym i wszechmogącym.

Później byłem prowadzony przez tunel do rdzenia i, gdy stałem w jego obliczu, zrozumiałem, że de facto ten rdzeń stanowi fundament wszystkiego. Kiedy potem człowiek wraca do tego wymiaru, to na te doświadczenia nakładają się przeżycia. I tu właśnie sceptycy mówią, że prawdopodobnie całe widzenie dotyczące krainy z perspektywy dżdżownicy to nic innego niż wizja, która została wygenerowana przez uszkodzony mózg i nie ma w tym żadnej magii. To, czego brakuje sceptykom w tym twierdzeniu, to uznanie faktu, że tamta rzeczywistość jest prawdziwa.

– Mają Państwo przedsmak tego, co mogą Państwo przeczytać w książce „Dowód”. Pojawiło się (w niej) m.in. pojęcie „kraina dżdżownicy” i ja tylko Państwu powiem, że to jest jeden z trzech wymiarów, które pokonał, przebył nasz dzisiejszy gość. Tę wizję opisuje w książce. Świadomość jest ograniczana przez mózg – to jedna z oryginalnych hipotez, które jednocześnie są komentarzem do przeżycia Pana Ebena Alexandra (...). Świadomość jest ograniczana przez mózg... Rozumiem, że to rodzaj hipotezy, co do której w zasadzie możemy na razie pokładać wiarę w to, o czym Pan mówi. To układa się Panu w logiczną całość, a cała reszta ma tak naprawdę do wyboru wejść w to i uwierzyć, albo pozostawać cały czas po sceptycznej stronie.

- Uważam, że przeszedłem przez bardzo długi proces dochodzenia do pewnych wniosków. Ponieważ (mimo że – przyp. NŚ) tak naprawdę wszystko, co poznałem, było wbrew temu, czego mnie uczono przez wiele lat praktyki bycia lekarzem neurochirurgiem, wnioski, do których doszedłem, były logiczne i właśnie miały sens. Bo gdybyśmy popatrzyli na literaturę, która dotyczy tego, czym jest ta świadomość, przede wszystkim należałoby zwrócić uwagę na zjawisko tzw. nielokalnej świadomości. Mianowicie w świecie materialistycznym (materialnym – przyp. NŚ) teoria twierdzi, że de facto świadomość jest wytworem pracy mózgu, a to oznacza, że pozyskujemy informacje wyłącznie za pośrednictwem naszych zmysłów i zmysły stanowią jedyne źródło pozyskiwania informacji. A z drugiej strony, mamy inne dane opisujące takie zjawiska, które określamy mianem zjawisk paranormalnych, parafizycznych, parapsychologicznych czy parapsychiatrycznych. Mówimy o psychozjawiskach, o kontakcie ze światem umarłych, psychokinezie, o pewnych doświadczeniach związanych z sytuacją bycia blisko śmierci. Mówimy, że ktoś pamięta fragmenty swojego poprzedniego życia, mówimy też o intuicji. Którekolwiek więc z tych zjawisk było zjawiskiem prawdziwym, w tym momencie natychmiast będzie stanowiło samym sobą zaprzeczenie materialistycznego punktu widzenia który głosi, że to mózg jest źródłem świadomości.


Sam należałem do społeczności naukowców myślących dokładnie w taki sposób, i tak bardzo wierzyłem w to podejście materialistyczne, że nigdy nawet nie zawracałem sobie głowy tym, żeby przeczytać dane, które opisują inne zjawiska. Mogę powiedzieć, że materializm był swego rodzaju religią, której byłem wierny. A jednak... Jeżeli są osoby, które wątpią, zalecam lekturę dwóch książek. Jedna z nich, która jest bardziej naukowa w swoim charakterze i niewątpliwie nie jest przeznaczona dla szerszej publiczności, to Irreducible Mind: Toward a Psychology for the 21st Century (Umysł, którego nie da się zredukować: W kierunku psychologii XXI wieku) autorstwa Edwarda Kelly i Emily Williams Kelly z 2007 r., wydana przez Uniwersytet w Wirginii. Mówi ona o tym, że de facto świadomość jest znacznie głębszą tajemnicą, aniżeli nam się wydaje. Przedstawia w sposób naukowy wiele faktów dotyczących głębi świadomości. Z kolei Ian Stevenson i Jim Tucker piszą o tym, że są przypadki dzieci, które pamiętają swoje poprzednie życie, czyli mają świadomą pamięć poprzedniego życia. Ian Stevenson i Jim Tucker, którzy są pracownikami wydziału psychiatrii, stwierdzili, że to nie może być prawdą, w związku z czym tego rodzaju zjawisko należałoby obalić. Kiedy jednak zaczęli je badać, nagle się okazało, że jest znacznie więcej przypadków mówiących o tym, że de facto dzieci w jakiś sposób przenoszą część pamięci ze swojego poprzedniego życia.

Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Np. sytuacje związane z byciem w stanie bliskim śmierci... Istnieje bogata literatura na ten temat.. Tam podobnie świadomość jest opisywana jako coś znacznie bardziej złożonego, niż nam się wydaje i nie można jej sprowadzić do uproszczonego, dziecinnie prostego pojęcia mówiącego (...), że to mózg wytwarza świadomość i tak naprawdę jest tu i teraz. Wydaje mi się, że to stanowi o istocie trudności i problemów związanych z tym, jak można pojąć świadomość.

- Są takie spory, w których się jest albo po jednej albo po drugiej stronie i nie ma możliwości przyjęcia wybranych argumentów z obu stron. Mam wrażenie, że tak jest (jeśli to w ogóle można nazwać sporem) w przypadku osób dzietnych i bezdzietnych. Póki jest się bezdzietnym, nie rozumie się tego zachwytu, tego nieustannego rozmawiania o dziecku, robienia mu zdjęć w każdej pozycji, publikowania ich wszędzie. A jak się już przekroczy tę granicę, nagle się nie rozumie tego marnowania czasu, jakim było życie bez dziecka. Wtedy to dziecko jest w centrum świata i najważniejszym wątkiem życia. I tutaj też Pan nagle znalazł się w takiej sytuacji, że w gronie dawnych oponentów znalazł się Pan u siebie, w nowym świecie, a jednocześnie pamięta Pan, jak to było, kiedy sam Pan wcześniej słuchał opowieści o śmierci klinicznej. Jako lekarz wysłuchiwał Pan takich relacji i pisze Pan o tym, że przytakiwał z szacunkiem, nie negował, ale jednocześnie gdzieś tam myślał, że to wszystko jest wytworem mózgu. Gdyby miał Pan taką możliwość (...), co by Pan powiedział dziś np. Richardowi Dawkinsowi?

– Najważniejsze jest to, by wskazać na rzecz następującą: gdy mówimy (...) o problemie świadomości, (warto sobie uzmysłowić, że) cała koncepcja związana ze świadomością pojawiła się 30-40 lat temu. Wtedy podjęto bardzo poważny wysiłek, by jednak przeprowadzić badania związane z tym, czym właściwie jest mózg i umysł, w jaki sposób mózg oraz umysł tworzą świadomość. W latach 90-tych zainwestowano dużo pieniędzy w to, by je przeprowadzić i uważano, że pod koniec owej dekady uda się zrozumieć, w jaki sposób mózg generuje świadomość.

Co się zdarzyło? Zrozumieliśmy mianowicie, że tak naprawdę jest to rzeczywiście dość twardy problem związany ze świadomością, ponieważ, jak opisuje to David Chalmers w swojej książce The Conscious Mind (Świadomy Umysł) z 1996 r., okazuje się, że ani fizyka ani chemia de facto nie pozwalają zrozumieć, w jaki sposób jest generowana świadomość.

To zagadka nie do rozwiązaniaprzy pomocy fizyki oraz chemii. Powinniśmy zrozumieć, że prawdopodobnie ten mechanizm generowania świadomości leży poza zakresem naszej ludzkiej wiedzy. I tak też uważam. Że nie da się przy pomocy ludzkiego aparatu pojęciowego wytłumaczyć, w jaki sposób powstaje świadomość. Najlepiej byłoby to poprzeć twierdzeniem, korzystając z matematycznego systemu, który sam się definiuje od środka, ale w tym przypadku takiego systemu matematycznego nie da się zdefiniować (na bazie) własnych pojęć. Więc jeżeli zakładamy, że istnieje świadomość nielokalna, jeżeli zakładamy, że to nie jest tak, iż mózg tworzy świadomość, bo mózg stanowi po prostu filtr nakładany na świadomość po to, by wprowadzić ją w najniższy poziom rozumowania, to w tym przypadku tego rodzaju twierdzenia są popierane przez np. mechanikę kwantową, (...) cały cud i enigmę związaną z działaniem mechaniki kwantowej. Zresztą temat ten fascynuje uczonych już od ponad stu lat. Natomiast ojcowie założycieli mechaniki kwantowej de facto przekształcili się i przeszli w mistycyzm (zostali mistykami). Dlaczego? Ponieważ nie byli w stanie zrozumieć i pojąć tych wniosków, do których sami doszli. Okazuje się, że według nich świadomość faktycznie wpływa na rzeczywistość. Nie ma czegoś takiego, jak rzeczywistość samoistna, która jest niejako oderwana od naszej świadomości. Tak naprawdę cały czas świadomość w sposób rzeczywisty wpływa na realia, które nas otaczają. Właśnie dlatego twórcy mechaniki kwantowej, fizycy, w końcu zaczęli wyznawać mistycyzm, ponieważ uznali, że jest w tym (w znaczeniu: wyjaśnia to – przyp. NŚ) znacznie więcej niż jesteśmy w stanie wytłumaczyć przez naukę materialistyczną.

Natomiast moja podróż, którą odbyłem w ten wymiar, pokazuje, że de facto jest on realny. Mało tego, korzystając z takiego rozumowania i tego wymiaru, znacznie łatwiej jest zrozumieć, w jaki sposób następuje przepływ świadomości, przepływ informacji. Okazuje się, że świadomość nie zna wymiaru czasu, nie jest świadomością lokalną. Ona nie utkwiła w jakimś momencie czasu, a nasze świadomości są ze sobą wzajemnie połączone (...) połączone z istotą boską. Gdy próbujemy wytłumaczyć świadomość w sposób materialistyczny, napotykamy na mur, przez który nie jesteśmy w stanie się przebić, ponieważ współczesna nauka nie jest w stanie tego problemu rozwiązać. Natomiast Jimmy (nie wiemy, o kogo chodzi – przyp. NŚ) w swojej pracy opisuje, w jaki sposób pierwotnym punktem wyjścia jest właśnie świadomość, a nie materia. W tym wszystkim najważniejsze jest to, że śmierć wcale nie jest końcem. Śmierć jest jedynie przebudzeniem, które pozwala nam na przejście do tego innego wymiaru, który okazuje się wymiarem znacznie bogatszym.

Jeżeli popatrzymy na doświadczenia osób, które przeżyły stan bliski śmierci, gdy następowało przechodzenie dusz, bądź jeżeli popatrzymy na dzieła mistyków, proroków, wszędzie występuje jeden wspólny temat (wątek) mówiący o tym, że ów wymiar jest jak najbardziej realny.

To miejsce, w którym przebywają nasze dusze.

I to tamten wymiar stanowi podstawę wszystkiego.

– Przyznam, że sama to odczuwam i myślę również, że wielu słuchaczy w tej chwili myśli sobie, że nie tak łatwo przeniknąć tę myśl, którą Pan prezentuje, bo owszem, nie jest to pierwsza relacja wizji doświadczonej w trakcie śmierci klinicznej, ale to też nie jest taka prosta opowieść DOŚWIADCZYŁEM BOGA. Podaje Pan hasła: świadomość a nie materia, świadomość ograniczona przez mózg, rzeczywistość fundamentalna... To nie jest opowieść o religijności, a raczej wymiarze duchowym, o doświadczeniu duchowym. To nie jest taka historia, że doświadczyłem Boga i oto teraz zmieniłem styl życia na religijny i doskonale poczułem się w kościele. Właściwie te słowa w ogóle nie padają i też trudno to przypisać do jakiejkolwiek religii, ale też o to w tym wszystkim chodzi. To nie ma być opowieść o religii.

– Uważam, że to, co zobaczyłem, Bóstwo, które zobaczyłem, to de facto Bóstwo (...) wszechmocne, wszechwiedzące. Bóstwo, które kocha w sposób bezwarunkowy, w sposób, który przekracza nasze wyobrażenie. Jest to bardzo zgodne z tym, co o Bóstwie mówią inne wyznania mistyczne, inne religie.

Ja jestem po prostu w takiej sytuacji, w której składam raport. Mówię o tym, co przeżyłem, by to w jakiś sposób wyjaśnić. Gdy zacząłem o tym mówić, nagle zaczęli zwracać się do mnie przedstawiciele różnych religii: rabini, kabaliści, mistycy wyznania mojżeszowego, chrześcijanie, buddyści. Wszyscy oni twierdzą, że to, co mówię, jak najbardziej współbrzmi z tym, co oni wyznają. Uwzględniając to, że moje sprawozdanie, moja opowieść przypomina przekazy innych osób, które doświadczyły sytuację bliskiej śmierci, 97% wspomnianych ludzi twierdzi, że wszyscy oni znaleźli się w obliczu bezwarunkowej, głębokiej miłości. Miłości, która stanowi rdzeń całego istnienia. Twierdzą oni, że właśnie w tym rdzeniu jest istota boska. Okazuje się de facto, że wszystko sprowadza się do jednej wspólnej cechy, która jest widoczna w pozostałych religiach. Nie mówię tu o sprawach dogmatycznych, powierzchownych, które są nakładane przez religie, dogmatach, które są głoszone, lecz o tym, co stanowi sedno każdej religii, które jest we wszystkich religiach tożsame.

Oczywiście sceptycy w tym przypadku mogą walić głową o drzewo, przez co nie widzą lasu, który ich otacza. Tym lasem jest owa rzeczywistość. Bo popatrzmy. Jeżeli osoba przechodzi na drugą stronę i widzi to światło, chrześcijanin będzie je opisywał jako Chrystusa, muzułmanin powie, że to był Prorok, ateista zobaczy to światło, ale nie będzie wiedział, jak je nazwać, ale wciąż go doświadcza. Więc wszyscy widzą to samo.

Dalej próbujemy to wyjaśnić przez nasz język, ale on ma to do siebie, że potrafi być mylący. Nasz własny język, nasz mózg lingwistyczny jest tym głosem w moim umyśle, który w jakiś sposób próbuje uzasadnić, czym jest ta świadomość. Ale de facto nie jesteśmy w stanie jej opisać, bo to świadomość z zewnątrz, a nie od wewnątrz. Dlatego ten wewnętrzny głos, który (...) próbuje w jakiś sposób ją opisać, nie daje sobie rady. Bo ten głos to głos naukowca, głos ludzkiego rozumowania. Głos, który, owszem, stanowi bardzo ważną część mnie, ale (...) jest powiązany z dwoma pojęciami: ego i bycie samym sobie, czyli ja sam oraz ego. Oczywiście te dwa pojęcia są niezbędne do tego, by jednak wykonywać bardzo ważne funkcje, ale nie pomagają nam dojść do tego, jaka jest prawda.

Mamy ten mózg lingwistyczny (tak go ujmijmy), który jest mylący. Kiedy jestem w stanie medytacji  to oczywiście słyszę ten głos, głos naukowca, ale staram się go wyłączyć – tak, by być świadomym tego innego wymiaru. Gdy mówimy o duchowości, wydaje mi się, że we wszystkich religiach podstawa jest tożsama i to podkreśla fakt, że stanowimy jedną całość.

Wartość takich relacji z doświadczeń granicznych polega dla nas, którzy ich nie doświadczyliśmy, nie tylko na tym, że możemy przybliżyć się do tego przeżycia, ale również na tym, mam wrażenie, że takie doświadczenie graniczne jest przyspieszonym kursem dojrzałości. Wiele osób po doświadczeniu czy to śmierci klinicznej czy wypadku, z którego wyszły cało, a nie wyglądało (w sensie zanosiło się – przyp. NŚ) na to, opowiada, że przewartościowały swoje życie. I to jest taka mądrość życiowa w pigułce.
Gdy przygotowywałam się do rozmowy z Panem, przypomniałam sobie wywiad w „Guardianie”, jaki ukazał się w lutym, gdzie pielęgniarka paliatywna podała pięć najczęstszych powodów żalu, który przekazywali jej umierający pacjenci, osoby, które opowiadały, czego najbardziej żałują w życiu. Na pierwszych dwóch miejscach były takie powody: po pierwsze, żałuję, że nie spędzałem dużo więcej czasu z rodziną, bliskimi, a niepotrzebnie poświęciłem go pracy i nic mi to ostatecznie nie dało, nie było tego warte. Po drugie, żałuję, że moje życie wypełniałem zaspakajaniem oczekiwań innych kosztem swoich własnych potrzeb, kosztem bycia samym sobą. Jestem bardzo ciekawa, czy również u Pana w życiu pojawiły się (takie) wartości, czy zmienił się Pana styl życia. Wspomniał Pan przed rozmową, że jest Pan tutaj w Warszawie z synem jak gdyby nigdy nic, ale przecież był (tak) Pan daleko od swoich bliskich, od swojego syna, jak tylko można sobie wyobrazić... Na granicy śmierci, praktycznie w jej objęciach. Teraz w zasadzie prowadzi Pan życie rodzinne, ale domyślam się, że w jakiś sposób ono jest naznaczone. Pewnie inaczej Pan odczuwa tę codzienność. To może być bardzo wartościowe dla nas... Właśnie: jak i co się zmieniło, jak (...) myśli Pan o swoim życiu teraz?

– Tak, zmieniło to każdy możliwy aspekt mojego życia, zresztą jak w przypadku innych osób, które doświadczyły stanu bliskiego śmierci. Wyostrzyło moje pojmowanie świata; zrozumiałem, że chodzi wyłącznie o miłość, (...) o wspólnotę dusz. Odszedłem od tego przywiązania, czy też tego uzależnienia od materializmu. Gdybyśmy popatrzyli na świat z punktu widzenia nawet zatwardziałego materialisty, to nawet on stwierdzi, że, owszem, takie wartości jak miłość, wspólnota stanowią pewną wartość. Natomiast będąc w sytuacji, kiedy doświadczyłem stanu bliskiego śmierci – poprzez nią – zrozumiałem, czym jest świadomość, czym jest istnienie (...), zupełnie inaczej patrzę na to, w jaki sposób wszyscy jesteśmy powiązani.

Tak, to doświadczenie wpłynęło na to, że mam (obecnie) znacznie silniejsze relacje z rodziną oraz przyjaciółmi. Teraz rozumiem, że teraz de facto mówimy o bezgranicznej potędze oraz miłości Boga. Oczywiście powstaje pytanie, jak to pogodzić z całym złem, całą niesprawiedliwością, która istnieje w tym świecie. Tutaj też podjąłem dość dużą walkę. Próbowałem zrozumieć, jak to wszystko jest możliwe, jak to wszystko działa. Dlaczego istnieje ból i niesprawiedliwość? Zrozumiałem ten dylemat wtedy, gdy zacząłem go testować, wykorzystując teorię reinkarnacji, czyli że dusze podlegają wielokrotnej reinkarnacji. Nagle się okazuje, że przy takim podejściu wszystko ma sens, nawet utrata dziecka, nawet śmierć dzieci, które zginęły w szkole w Connecticut (bohater przywołuje wydarzenia z grudnia 2012 r., które miały miejsce w amerykańskim mieście Newtown, kiedy to uzbrojony mężczyzna zastrzelił w szkole podstawowej 26 osób, w tym 20 uczniów zerówki - przyp. NŚ), przy założeniu, że jednak następuje reinkarnacja, że Bóg jest Bogiem miłującym. Pozwala to zrozumieć, że jest w tym głębszy sens.

Będąc materialistą, można twierdzić tak, że cała wartość życia sprowadza się do wycinka czasu od chwili narodzenia do chwili śmierci, potem nie następuje już nic. Tak naprawdę mamy znacznie bogatsze koperin (? – tak w zapisie fonicznym – przyp. NŚ) naszego życia. Uznaję, że bratnią duszą będzie nie tylko dusza osoby przeze mnie kochanej, ale może to być też dusza współmałżonka, współmałżonki, z którą przeżyłem trudne chwile i musiałem się rozwieść, dzięki czemu czegoś się nauczyłem. Albo bratnią duszą będzie mi osoba przeciwna (w sensie nieprzyjazna, nieżyczliwa – przyp. NŚ), która w sposób bolesny, ale jednak czegoś mnie nauczyła. Nagle okazuje się, że te bratnie dusze, chociaż być może nie były źródłem przyjemnych doznań tu, na Ziemi, pomagają mi wejść na kolejny poziom i czegoś się nauczyć, aczkolwiek bolesny.

W tym przypadku, jeżeli przechodzimy do takich tematów, jak wszelkiego rodzaju niepowodzenia, trudności, wyzwania, choroby, z którymi spotykamy się w naszym życiu, okazuje się, że stanowią one pewien dar, dzięki czemu możemy dalej wzrastać, możemy się uczyć. Bo nasz świat jest tak stworzony, że to nie jest świat doskonały (...). Stanowi okazję ku temu, by się uczyć, wzrastać, by w końcu dojść do pojęcia (zrozumienia) tego, że istnieje współczucie, wszechogarniająca miłość i akceptacja. Aż w końcu człowiek dochodzi do wiary w Boga Wszechmogącego który stanowi sedno całego istnienia.

Tego rodzaju przemyślenia mają też osoby, które doświadczyły np. przejścia dusz, bądź sytuacji bliskiej śmierci. Zachęcam również Państwa do wejścia na moją stronę internetową www.eternea.org (strona anglojęzyczna - przyp. red. ), gdzie piszę, czym jest świadomość, jaka jest fizyka świadomości, w jaki sposób świadomość kształtuje nas samych, a równocześnie zachęcam inne osoby do tego, by przedstawiały tam swoje przekazy, swoje historie. Tak naprawdę moja książka stanowi próbę uchylenia pokrywy z tego naczynia, dzięki czemu również inni będą mogli przestawić swoje historie, które niewątpliwie mogą być znacznie mocniejsze w oddziaływaniu aniżeli moja. Będziemy w stanie otworzyć nasze serca na to, że jednak istnieje wszechmiłujący rdzeń, który jest Bogiem; to rzeczywiste doświadczenie. Dzięki temu być może będziemy w stanie uwierzyć, że istnieje dusza, która jest duszą wieczną, zrozumiemy, że wszystkie dusze są wzajemnie ze sobą połączone. Zresztą jestem lekarzem i teraz zupełnie inaczej patrzę na wymiar leczenia. Nie tylko na stronę fizyczną, emocjonalną, ale także na stronę boską. Widzę w tym wszystkim powiązanie dusz i moim zdaniem, nawet jeśli doświadczamy takich bolesnych lekcji, jak choroba, wzbogacamy nasze życie, otwieramy się na te lekcje i nagle widzimy, że we wszystkim, co się dzieje wokół nas, istnieje większa skala, a w tej skali mamy coś do zrobienia.

Dziękuję bardzo za rozmowę i silną inspirację do rozważań duchowych.

Z Archiwum Nieznanego Świata 12/2013

 

 
 
Powered by JS Network Solutions