Sam należałem do społeczności naukowców myślących dokładnie w taki sposób, i tak bardzo wierzyłem w to podejście materialistyczne, że nigdy nawet nie zawracałem sobie głowy tym, żeby przeczytać dane, które opisują inne zjawiska. Mogę powiedzieć, że materializm był swego rodzaju religią, której byłem wierny. A jednak... Jeżeli są osoby, które wątpią, zalecam lekturę dwóch książek. Jedna z nich, która jest bardziej naukowa w swoim charakterze i niewątpliwie nie jest przeznaczona dla szerszej publiczności, to Irreducible Mind: Toward a Psychology for the 21st Century (Umysł, którego nie da się zredukować: W kierunku psychologii XXI wieku) autorstwa Edwarda Kelly i Emily Williams Kelly z 2007 r., wydana przez Uniwersytet w Wirginii. Mówi ona o tym, że de facto świadomość jest znacznie głębszą tajemnicą, aniżeli nam się wydaje. Przedstawia w sposób naukowy wiele faktów dotyczących głębi świadomości. Z kolei Ian Stevenson i Jim Tucker piszą o tym, że są przypadki dzieci, które pamiętają swoje poprzednie życie, czyli mają świadomą pamięć poprzedniego życia. Ian Stevenson i Jim Tucker, którzy są pracownikami wydziału psychiatrii, stwierdzili, że to nie może być prawdą, w związku z czym tego rodzaju zjawisko należałoby obalić. Kiedy jednak zaczęli je badać, nagle się okazało, że jest znacznie więcej przypadków mówiących o tym, że de facto dzieci w jakiś sposób przenoszą część pamięci ze swojego poprzedniego życia.

Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Np. sytuacje związane z byciem w stanie bliskim śmierci... Istnieje bogata literatura na ten temat.. Tam podobnie świadomość jest opisywana jako coś znacznie bardziej złożonego, niż nam się wydaje i nie można jej sprowadzić do uproszczonego, dziecinnie prostego pojęcia mówiącego (...), że to mózg wytwarza świadomość i tak naprawdę jest tu i teraz. Wydaje mi się, że to stanowi o istocie trudności i problemów związanych z tym, jak można pojąć świadomość.

- Są takie spory, w których się jest albo po jednej albo po drugiej stronie i nie ma możliwości przyjęcia wybranych argumentów z obu stron. Mam wrażenie, że tak jest (jeśli to w ogóle można nazwać sporem) w przypadku osób dzietnych i bezdzietnych. Póki jest się bezdzietnym, nie rozumie się tego zachwytu, tego nieustannego rozmawiania o dziecku, robienia mu zdjęć w każdej pozycji, publikowania ich wszędzie. A jak się już przekroczy tę granicę, nagle się nie rozumie tego marnowania czasu, jakim było życie bez dziecka. Wtedy to dziecko jest w centrum świata i najważniejszym wątkiem życia. I tutaj też Pan nagle znalazł się w takiej sytuacji, że w gronie dawnych oponentów znalazł się Pan u siebie, w nowym świecie, a jednocześnie pamięta Pan, jak to było, kiedy sam Pan wcześniej słuchał opowieści o śmierci klinicznej. Jako lekarz wysłuchiwał Pan takich relacji i pisze Pan o tym, że przytakiwał z szacunkiem, nie negował, ale jednocześnie gdzieś tam myślał, że to wszystko jest wytworem mózgu. Gdyby miał Pan taką możliwość (...), co by Pan powiedział dziś np. Richardowi Dawkinsowi?

– Najważniejsze jest to, by wskazać na rzecz następującą: gdy mówimy (...) o problemie świadomości, (warto sobie uzmysłowić, że) cała koncepcja związana ze świadomością pojawiła się 30-40 lat temu. Wtedy podjęto bardzo poważny wysiłek, by jednak przeprowadzić badania związane z tym, czym właściwie jest mózg i umysł, w jaki sposób mózg oraz umysł tworzą świadomość. W latach 90-tych zainwestowano dużo pieniędzy w to, by je przeprowadzić i uważano, że pod koniec owej dekady uda się zrozumieć, w jaki sposób mózg generuje świadomość.

Co się zdarzyło? Zrozumieliśmy mianowicie, że tak naprawdę jest to rzeczywiście dość twardy problem związany ze świadomością, ponieważ, jak opisuje to David Chalmers w swojej książce The Conscious Mind (Świadomy Umysł) z 1996 r., okazuje się, że ani fizyka ani chemia de facto nie pozwalają zrozumieć, w jaki sposób jest generowana świadomość.

To zagadka nie do rozwiązaniaprzy pomocy fizyki oraz chemii. Powinniśmy zrozumieć, że prawdopodobnie ten mechanizm generowania świadomości leży poza zakresem naszej ludzkiej wiedzy. I tak też uważam. Że nie da się przy pomocy ludzkiego aparatu pojęciowego wytłumaczyć, w jaki sposób powstaje świadomość. Najlepiej byłoby to poprzeć twierdzeniem, korzystając z matematycznego systemu, który sam się definiuje od środka, ale w tym przypadku takiego systemu matematycznego nie da się zdefiniować (na bazie) własnych pojęć. Więc jeżeli zakładamy, że istnieje świadomość nielokalna, jeżeli zakładamy, że to nie jest tak, iż mózg tworzy świadomość, bo mózg stanowi po prostu filtr nakładany na świadomość po to, by wprowadzić ją w najniższy poziom rozumowania, to w tym przypadku tego rodzaju twierdzenia są popierane przez np. mechanikę kwantową, (...) cały cud i enigmę związaną z działaniem mechaniki kwantowej. Zresztą temat ten fascynuje uczonych już od ponad stu lat. Natomiast ojcowie założycieli mechaniki kwantowej de facto przekształcili się i przeszli w mistycyzm (zostali mistykami). Dlaczego? Ponieważ nie byli w stanie zrozumieć i pojąć tych wniosków, do których sami doszli. Okazuje się, że według nich świadomość faktycznie wpływa na rzeczywistość. Nie ma czegoś takiego, jak rzeczywistość samoistna, która jest niejako oderwana od naszej świadomości. Tak naprawdę cały czas świadomość w sposób rzeczywisty wpływa na realia, które nas otaczają. Właśnie dlatego twórcy mechaniki kwantowej, fizycy, w końcu zaczęli wyznawać mistycyzm, ponieważ uznali, że jest w tym (w znaczeniu: wyjaśnia to – przyp. NŚ) znacznie więcej niż jesteśmy w stanie wytłumaczyć przez naukę materialistyczną.

Natomiast moja podróż, którą odbyłem w ten wymiar, pokazuje, że de facto jest on realny. Mało tego, korzystając z takiego rozumowania i tego wymiaru, znacznie łatwiej jest zrozumieć, w jaki sposób następuje przepływ świadomości, przepływ informacji. Okazuje się, że świadomość nie zna wymiaru czasu, nie jest świadomością lokalną. Ona nie utkwiła w jakimś momencie czasu, a nasze świadomości są ze sobą wzajemnie połączone (...) połączone z istotą boską. Gdy próbujemy wytłumaczyć świadomość w sposób materialistyczny, napotykamy na mur, przez który nie jesteśmy w stanie się przebić, ponieważ współczesna nauka nie jest w stanie tego problemu rozwiązać. Natomiast Jimmy (nie wiemy, o kogo chodzi – przyp. NŚ) w swojej pracy opisuje, w jaki sposób pierwotnym punktem wyjścia jest właśnie świadomość, a nie materia. W tym wszystkim najważniejsze jest to, że śmierć wcale nie jest końcem. Śmierć jest jedynie przebudzeniem, które pozwala nam na przejście do tego innego wymiaru, który okazuje się wymiarem znacznie bogatszym.

Jeżeli popatrzymy na doświadczenia osób, które przeżyły stan bliski śmierci, gdy następowało przechodzenie dusz, bądź jeżeli popatrzymy na dzieła mistyków, proroków, wszędzie występuje jeden wspólny temat (wątek) mówiący o tym, że ów wymiar jest jak najbardziej realny.

To miejsce, w którym przebywają nasze dusze.

I to tamten wymiar stanowi podstawę wszystkiego.

– Przyznam, że sama to odczuwam i myślę również, że wielu słuchaczy w tej chwili myśli sobie, że nie tak łatwo przeniknąć tę myśl, którą Pan prezentuje, bo owszem, nie jest to pierwsza relacja wizji doświadczonej w trakcie śmierci klinicznej, ale to też nie jest taka prosta opowieść DOŚWIADCZYŁEM BOGA. Podaje Pan hasła: świadomość a nie materia, świadomość ograniczona przez mózg, rzeczywistość fundamentalna... To nie jest opowieść o religijności, a raczej wymiarze duchowym, o doświadczeniu duchowym. To nie jest taka historia, że doświadczyłem Boga i oto teraz zmieniłem styl życia na religijny i doskonale poczułem się w kościele. Właściwie te słowa w ogóle nie padają i też trudno to przypisać do jakiejkolwiek religii, ale też o to w tym wszystkim chodzi. To nie ma być opowieść o religii.

– Uważam, że to, co zobaczyłem, Bóstwo, które zobaczyłem, to de facto Bóstwo (...) wszechmocne, wszechwiedzące. Bóstwo, które kocha w sposób bezwarunkowy, w sposób, który przekracza nasze wyobrażenie. Jest to bardzo zgodne z tym, co o Bóstwie mówią inne wyznania mistyczne, inne religie.

Ja jestem po prostu w takiej sytuacji, w której składam raport. Mówię o tym, co przeżyłem, by to w jakiś sposób wyjaśnić. Gdy zacząłem o tym mówić, nagle zaczęli zwracać się do mnie przedstawiciele różnych religii: rabini, kabaliści, mistycy wyznania mojżeszowego, chrześcijanie, buddyści. Wszyscy oni twierdzą, że to, co mówię, jak najbardziej współbrzmi z tym, co oni wyznają. Uwzględniając to, że moje sprawozdanie, moja opowieść przypomina przekazy innych osób, które doświadczyły sytuację bliskiej śmierci, 97% wspomnianych ludzi twierdzi, że wszyscy oni znaleźli się w obliczu bezwarunkowej, głębokiej miłości. Miłości, która stanowi rdzeń całego istnienia. Twierdzą oni, że właśnie w tym rdzeniu jest istota boska. Okazuje się de facto, że wszystko sprowadza się do jednej wspólnej cechy, która jest widoczna w pozostałych religiach. Nie mówię tu o sprawach dogmatycznych, powierzchownych, które są nakładane przez religie, dogmatach, które są głoszone, lecz o tym, co stanowi sedno każdej religii, które jest we wszystkich religiach tożsame.

Oczywiście sceptycy w tym przypadku mogą walić głową o drzewo, przez co nie widzą lasu, który ich otacza. Tym lasem jest owa rzeczywistość. Bo popatrzmy. Jeżeli osoba przechodzi na drugą stronę i widzi to światło, chrześcijanin będzie je opisywał jako Chrystusa, muzułmanin powie, że to był Prorok, ateista zobaczy to światło, ale nie będzie wiedział, jak je nazwać, ale wciąż go doświadcza. Więc wszyscy widzą to samo.

Dalej próbujemy to wyjaśnić przez nasz język, ale on ma to do siebie, że potrafi być mylący. Nasz własny język, nasz mózg lingwistyczny jest tym głosem w moim umyśle, który w jakiś sposób próbuje uzasadnić, czym jest ta świadomość. Ale de facto nie jesteśmy w stanie jej opisać, bo to świadomość z zewnątrz, a nie od wewnątrz. Dlatego ten wewnętrzny głos, który (...) próbuje w jakiś sposób ją opisać, nie daje sobie rady. Bo ten głos to głos naukowca, głos ludzkiego rozumowania. Głos, który, owszem, stanowi bardzo ważną część mnie, ale (...) jest powiązany z dwoma pojęciami: ego i bycie samym sobie, czyli ja sam oraz ego. Oczywiście te dwa pojęcia są niezbędne do tego, by jednak wykonywać bardzo ważne funkcje, ale nie pomagają nam dojść do tego, jaka jest prawda.

Mamy ten mózg lingwistyczny (tak go ujmijmy), który jest mylący. Kiedy jestem w stanie medytacji  to oczywiście słyszę ten głos, głos naukowca, ale staram się go wyłączyć – tak, by być świadomym tego innego wymiaru. Gdy mówimy o duchowości, wydaje mi się, że we wszystkich religiach podstawa jest tożsama i to podkreśla fakt, że stanowimy jedną całość.

Wartość takich relacji z doświadczeń granicznych polega dla nas, którzy ich nie doświadczyliśmy, nie tylko na tym, że możemy przybliżyć się do tego przeżycia, ale również na tym, mam wrażenie, że takie doświadczenie graniczne jest przyspieszonym kursem dojrzałości. Wiele osób po doświadczeniu czy to śmierci klinicznej czy wypadku, z którego wyszły cało, a nie wyglądało (w sensie zanosiło się – przyp. NŚ) na to, opowiada, że przewartościowały swoje życie. I to jest taka mądrość życiowa w pigułce.
Gdy przygotowywałam się do rozmowy z Panem, przypomniałam sobie wywiad w „Guardianie”, jaki ukazał się w lutym, gdzie pielęgniarka paliatywna podała pięć najczęstszych powodów żalu, który przekazywali jej umierający pacjenci, osoby, które opowiadały, czego najbardziej żałują w życiu. Na pierwszych dwóch miejscach były takie powody: po pierwsze, żałuję, że nie spędzałem dużo więcej czasu z rodziną, bliskimi, a niepotrzebnie poświęciłem go pracy i nic mi to ostatecznie nie dało, nie było tego warte. Po drugie, żałuję, że moje życie wypełniałem zaspakajaniem oczekiwań innych kosztem swoich własnych potrzeb, kosztem bycia samym sobą. Jestem bardzo ciekawa, czy również u Pana w życiu pojawiły się (takie) wartości, czy zmienił się Pana styl życia. Wspomniał Pan przed rozmową, że jest Pan tutaj w Warszawie z synem jak gdyby nigdy nic, ale przecież był (tak) Pan daleko od swoich bliskich, od swojego syna, jak tylko można sobie wyobrazić... Na granicy śmierci, praktycznie w jej objęciach. Teraz w zasadzie prowadzi Pan życie rodzinne, ale domyślam się, że w jakiś sposób ono jest naznaczone. Pewnie inaczej Pan odczuwa tę codzienność. To może być bardzo wartościowe dla nas... Właśnie: jak i co się zmieniło, jak (...) myśli Pan o swoim życiu teraz?

– Tak, zmieniło to każdy możliwy aspekt mojego życia, zresztą jak w przypadku innych osób, które doświadczyły stanu bliskiego śmierci. Wyostrzyło moje pojmowanie świata; zrozumiałem, że chodzi wyłącznie o miłość, (...) o wspólnotę dusz. Odszedłem od tego przywiązania, czy też tego uzależnienia od materializmu. Gdybyśmy popatrzyli na świat z punktu widzenia nawet zatwardziałego materialisty, to nawet on stwierdzi, że, owszem, takie wartości jak miłość, wspólnota stanowią pewną wartość. Natomiast będąc w sytuacji, kiedy doświadczyłem stanu bliskiego śmierci – poprzez nią – zrozumiałem, czym jest świadomość, czym jest istnienie (...), zupełnie inaczej patrzę na to, w jaki sposób wszyscy jesteśmy powiązani.

Tak, to doświadczenie wpłynęło na to, że mam (obecnie) znacznie silniejsze relacje z rodziną oraz przyjaciółmi. Teraz rozumiem, że teraz de facto mówimy o bezgranicznej potędze oraz miłości Boga. Oczywiście powstaje pytanie, jak to pogodzić z całym złem, całą niesprawiedliwością, która istnieje w tym świecie. Tutaj też podjąłem dość dużą walkę. Próbowałem zrozumieć, jak to wszystko jest możliwe, jak to wszystko działa. Dlaczego istnieje ból i niesprawiedliwość? Zrozumiałem ten dylemat wtedy, gdy zacząłem go testować, wykorzystując teorię reinkarnacji, czyli że dusze podlegają wielokrotnej reinkarnacji. Nagle się okazuje, że przy takim podejściu wszystko ma sens, nawet utrata dziecka, nawet śmierć dzieci, które zginęły w szkole w Connecticut (bohater przywołuje wydarzenia z grudnia 2012 r., które miały miejsce w amerykańskim mieście Newtown, kiedy to uzbrojony mężczyzna zastrzelił w szkole podstawowej 26 osób, w tym 20 uczniów zerówki - przyp. NŚ), przy założeniu, że jednak następuje reinkarnacja, że Bóg jest Bogiem miłującym. Pozwala to zrozumieć, że jest w tym głębszy sens.

Będąc materialistą, można twierdzić tak, że cała wartość życia sprowadza się do wycinka czasu od chwili narodzenia do chwili śmierci, potem nie następuje już nic. Tak naprawdę mamy znacznie bogatsze koperin (? – tak w zapisie fonicznym – przyp. NŚ) naszego życia. Uznaję, że bratnią duszą będzie nie tylko dusza osoby przeze mnie kochanej, ale może to być też dusza współmałżonka, współmałżonki, z którą przeżyłem trudne chwile i musiałem się rozwieść, dzięki czemu czegoś się nauczyłem. Albo bratnią duszą będzie mi osoba przeciwna (w sensie nieprzyjazna, nieżyczliwa – przyp. NŚ), która w sposób bolesny, ale jednak czegoś mnie nauczyła. Nagle okazuje się, że te bratnie dusze, chociaż być może nie były źródłem przyjemnych doznań tu, na Ziemi, pomagają mi wejść na kolejny poziom i czegoś się nauczyć, aczkolwiek bolesny.

W tym przypadku, jeżeli przechodzimy do takich tematów, jak wszelkiego rodzaju niepowodzenia, trudności, wyzwania, choroby, z którymi spotykamy się w naszym życiu, okazuje się, że stanowią one pewien dar, dzięki czemu możemy dalej wzrastać, możemy się uczyć. Bo nasz świat jest tak stworzony, że to nie jest świat doskonały (...). Stanowi okazję ku temu, by się uczyć, wzrastać, by w końcu dojść do pojęcia (zrozumienia) tego, że istnieje współczucie, wszechogarniająca miłość i akceptacja. Aż w końcu człowiek dochodzi do wiary w Boga Wszechmogącego który stanowi sedno całego istnienia.

Tego rodzaju przemyślenia mają też osoby, które doświadczyły np. przejścia dusz, bądź sytuacji bliskiej śmierci. Zachęcam również Państwa do wejścia na moją stronę internetową www.eternea.org (strona anglojęzyczna - przyp. red. ), gdzie piszę, czym jest świadomość, jaka jest fizyka świadomości, w jaki sposób świadomość kształtuje nas samych, a równocześnie zachęcam inne osoby do tego, by przedstawiały tam swoje przekazy, swoje historie. Tak naprawdę moja książka stanowi próbę uchylenia pokrywy z tego naczynia, dzięki czemu również inni będą mogli przestawić swoje historie, które niewątpliwie mogą być znacznie mocniejsze w oddziaływaniu aniżeli moja. Będziemy w stanie otworzyć nasze serca na to, że jednak istnieje wszechmiłujący rdzeń, który jest Bogiem; to rzeczywiste doświadczenie. Dzięki temu być może będziemy w stanie uwierzyć, że istnieje dusza, która jest duszą wieczną, zrozumiemy, że wszystkie dusze są wzajemnie ze sobą połączone. Zresztą jestem lekarzem i teraz zupełnie inaczej patrzę na wymiar leczenia. Nie tylko na stronę fizyczną, emocjonalną, ale także na stronę boską. Widzę w tym wszystkim powiązanie dusz i moim zdaniem, nawet jeśli doświadczamy takich bolesnych lekcji, jak choroba, wzbogacamy nasze życie, otwieramy się na te lekcje i nagle widzimy, że we wszystkim, co się dzieje wokół nas, istnieje większa skala, a w tej skali mamy coś do zrobienia.

Dziękuję bardzo za rozmowę i silną inspirację do rozważań duchowych.

Z Archiwum Nieznanego Świata 12/2013

 

 
 
Joomla Extensions