Chciałbym opisać historię przywrócenia mnie światu przez pana Pawła Połoneckiego.


Marcin Biernacki

W 2002, gdy wydarzył się wypadek, byłem 25-letnim, bardzo dobrze prosperującym biznesmanem. Prowadziłem bogate, intensywne i wystawne życie, dlatego też w czerwcu, wraz z przyjaciółmi, spędzałem czas w prezydenckim apartamencie najbardziej znanego hotelu w Juracie.

21 lub 23 czerwca 2002 r., pomimo dręczącego mnie, niewyjaśnionego niepokoju, postanowiłem wyruszyć w podróż powrotną do Warszawy, ciesząc się urokami jazdy sportowym kabrioletem. Towarzyszyła mi młodsza, 20-letnia koleżanka, Oliwia.

Mimo tak znakomitego towarzystwa po przekroczeniu granicy województwa mazowieckiego podróż zaczęła mnie nużyć, by ją skrócić postanowiłem mocniej nacisnąć pedał gazu, choć towarzyszka sprzeciwiała się temu. Auto gwałtownie przyspieszyło i ze znaczną prędkością gnało w kierunku stolicy. Na drodze panował spory ruch, ale bez problemu wymijałem kolejne pojazdy.

Na wysokości Nowego Dworu Mazowieckiego zaczął padać ulewny deszczy, ja jednak nie zdejmowałem nogi z gazu. Po przejechaniu obok Twierdzy Modlin, zaczęła się trasa szybkiego ruchu, sprzyjająca zwiększeniu prędkości, która kończyła się na skrzyżowaniu z drogą do Czosnowa. Gdy dojeżdżałem do tego miejsca, moje myśli pomknęły do dzieciństwa, które często spędzałem u dziadków prowadzących w okolicy gospodarstwo rolne.

Wówczas stała się rzecz niespodziewana. Gdy wytracałem prędkość przed czerwonym światłem na zbliżającym się skrzyżowaniu, niespodziewanie na mój pas ruchu wjechał nieduży samochód. Chcąc uniknąć zderzenia, odruchowo skręciłem kierownicę w lewo, co spowodowało utratę przyczepności kół, a pojazd zaczął sunąć pod kątem 30-40 stopni. Próbowałem skontrować to przesunięcie, ale samochód powoli zaczął obracać się wokół własnej osi. Moim oczom ukazały się przydrożne drzewa, reflektory pojazdów jadących za mną oraz z przeciwka. Przeciąłem pas zieleni dzielący obie jezdnie i znalazłem się na przeciwległym pasie ruchu. Gdy już prawie się zatrzymałem, przez głowę przebiegła mi radosna myśl, iż udało się uniknąć wypadku. W tym momencie poczułem silne uderzenie i straciłem przytomność.

Gdy się ocknąłem, zobaczyłem ludzi, którzy wynosili moją towarzyszkę z auta.

Jakiś człowiek desperacko szarpał drzwi od strony kierowcy, krzycząc, że zaraz może się zapalić i próbując wydostać mnie z pojazdu. W końcu mu się udało. Dopiero wtedy spostrzegłem swoją lewą nogę. Stopa była obróconą w przeciwnym kierunku, a jej grubość, na skutek złamania i napływu krwi dwukrotnie się powiększyła.

Wyciągnąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem po pomoc. Po pewnym czasie na miejsce przyjechała karetka, która zabrała mnie do Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Tam zrobiono mi prześwietlenie nogi i przy użyciu wyciągu próbowano nastawić ją na właściwą pozycję.

Po kilkunastu godzinach moje samopoczucie zaczęło się pogarszać. Ok. 7 rano następnego dnia brakowało mi już powietrza. Wykonano tomografię komputerową głowy, przeprowadzono kilka konsultacji lekarskich, także z udziałem lekarzy z mojej rodziny.

Niestety nie znaleziono przyczyny, przez którą traciłem przytomność i zapadałem w śpiączkę.

Jak się potem dowiedziałem, przewieziono mnie na OIOM, na którym podłączono aparaturę podtrzymującą życie. Ku rozpaczy rodziców i grona przyjaciół mój stan z dnia na dzień się pogarszał. Po kilku dniach śpiączki, ordynator określił go jako bardzo ciężki, a szanse wybudzenia na 3%. Oznajmił moim rodzicom, iż nawet jeśli to nastąpi, będę pacjentem wegetatywnym. Radził, by poszukać dobrego hospicjum.

Rodzina i przyjaciele nie ustawali w szukaniu pomocy w Polsce i poza jej granicami. Ciotki mieszkające w Nowym Jorku przeprowadzały konsultacje u najlepszych specjalistów w USA, a lekarze z mojej rodziny – w Polsce. Ustalono, iż prawdopodobną przyczyną śpiączki jest zator tłuszczowy pnia mózgu.

Ósmego dnia do rodziców zadzwoniła moja była partnerka informując o pewnym ciekawym człowieku, posiadającym niezwykłe zdolności. Twierdziła, iż jest on przyjacielem jej rodziny, mieszkającym i leczącym w Kanadzie.

Szczęśliwym trafem Paweł Połonecki akurat w tym czasie przebywał w Polsce i na prośbę mojej partnerki Asi zgodził się przyjść na wizytę do szpitala, co wymagało zgody ordynatora OIOM-u, który bardzo niechętnie podchodził do tego typu praktyk. Widząc desperację moich rodziców, po wielu namowach zgodę taką jednak wyraził, przy okazji sobie dworując, a pana Pawła określając mianem indiańskiego szamana.

Bioterapeuta pojawił się następnego dnia po południu, gdy większość lekarzy kończyła już pracę. Przypadek sprawił jednak, że ordynator został wtedy w szpitalu po godzinach swojego dyżuru.

Pan Paweł Połonecki po przybyciu do szpitala, założył biały fartuch i wszedł na odział OIOM. Okazał się niewysokim mężczyzną w średnim wieku, z charakterystycznymi dużymi dłońmi. Bez wahania podszedł do łóżka i położył mi ręce na głowie. Po kilkunastu sekundach aparatura przeraźliwym dźwiękiem poinformowała o przyspieszonej akcji serca, co zaalarmowało pielęgniarkę. Przybiegła krzycząc, aby zakończył seans, bo pacjent zbytnio przyśpiesza. A ja, dzięki energii przekazanej przez healera zacząłem w tamtym momencie otwierać oczy.

Od tego momentu mój stan zaczął się poprawiać. Podczas kolejnej wizyty na dobre odzyskałem przytomność. Pierwsze, co zapamiętałem, to człowieka pochylającego się nade mną i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu trzymającego w swoich dłoniach moją głowę. Uśmiechnął się do mnie mówiąc: – Nawet nie wiesz, że jedną nogą byłeś już w grobie.

Po przebudzeniu nie potrafiłem mówić, jeść ani chodzić. Na życzenie rodziców w ciągu kilku dni zostałem wypisany ze szpitala. Drogę do karetki przebyłem na wózku w asyście ordynatora, lekarza prowadzącego oraz rzeszy radośnie żegnających mnie pielęgniarek. Po powrocie do domu, pan Paweł odwiedził mnie jeszcze klkakrotnie, co przyspieszyło mój powrót do zdrowia.

Obecnie jestem zupełnie zdrowym, szczęśliwym, aktywnym zawodowo i rodzinnie człowiekiem, mieszkającym nad brzegiem Morza Śródziemnego. Pawła Połoneckiego, któremu to w dużej mierze zawdzięczam, widuję sporadycznie, zazwyczaj, gdy ja albo najbliżsi chcemy skorzystać z jego pomocy.

Publikowana przez nas relacja uświadamia dwie istotne kwestie. Po pierwsze, że nasza intuicja ma zdolności prekognicyjne i nigdy nie należy tego lekceważyć. Po drugie, iż w naszym organizmie, nawet w krytycznych, kryzysowych sytuacjach (stanach), tkwi wielka siła życia oraz potencjał regeneracji. Trzeba tylko znaleźć klucz do jego uruchomienia, którym może być właściwie ukierunkowana bioterapia. W tym konkretnym przypadku było to oddziaływanie healera, Pawła Połoneckiego, którego działalność śledzimy nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat.

Anna Ostrzycka

* * * * *

polonecki2

______________________________

Relacja ukazała się w NŚ 11/2018

 

 
 
Joomla Extensions