Terapeutka mówi, że już odkryła, co potrafi dźwięk, pozostało tylko odnaleźć naturalne instrumenty, na których każdy może zagrać bez względu na stan wiedzy muzycznej czy zaawansowania choroby. I… znalazła je! To kamertony terapeutyczne lub stroiki medyczne – laryngologiczne, dostosowane do ciała ludzkiego, no i oczywiście głos. Proste użycie czyni je łatwymi i przyjemnymi w obsłudze narzędziami terapii, która właśnie z powodu swej naturalności nie zna skutków ubocznych. Zasadą działania jest dostrajanie się komórek ciała i organów wewnętrznych do ich naukowo odkrytej własnej częstotliwości zdrowia (balansu), podanej w odpowiednim kamertonie albo wyśpiewanej. Przy czym – jak twierdzi Romanowska – komórki nowotworowe z racji swej słabości ulegają wówczas rozpadowi, pękają z powodu braku dostrojenia się do danych częstotliwości i usuwane są wraz z toksynami z organizmu. Natomiast zdrowe pozostają nienaruszone, a w dodatku są odżywione. Potwierdziły to badania przeprowadzone na Uniwersytecie Jussieu w Paryżu w 1981 r., które Barbara Romanowska-Angel wykorzystała w jednej ze swych technik, zmieniając jednak – jak mówi – skalę na pitagorejską i dodając dysonans.

Efekty metody przeszły najśmielsze oczekiwania, przede wszystkim dlatego, iż terapeutka od 2004 r. postanowiła dzielić się swoją wiedzą z innymi i rozpoczęła prowadzenie seminariów, szkoleń, kursów i warsztatów, co często poprzedzał koncert charytatywny z wykładem o mocy dźwięku. Objechała z nimi liczne kraje Europy i Stany Zjednoczone.

Poprzez szkolenia poparte moimi książkami i płytami – tłumaczy Barbara Romanowskaoferuję ludziom możliwość samoleczenia za pomocą naturalnego i bezpiecznego, bo mieszczącego się w słyszalności człowieka, dźwięku, a także możliwość późniejszej pracy jako właściciele gabinetów i usług terapeutycznych. Studenci kończący kursy to często lekarze, terapeuci, homeopaci wykorzystujący potem w pracy kamertony, a efekty ich działań w połączeniu z tradycyjną medycyną są zdumiewające! To oni promują potem w świecie moją technikę Muzykoterapii Dogłębnej-Komórkowej. Niestety, są również tacy, którzy nie wspominają swego nauczyciela i autora metody, choć z powodzeniem stosują jego techniki, a niekiedy nawet przypisują innym osobom lub sobie wynalezienie tych technik.

Sukces metody Barbary Romanowskiej polega na tym, iż jest nieinwazyjna, a jej zastosowanie przynosi nieomal natychmiastową poprawę samopoczucia dzięki pozytywnej reakcji wszystkich komórek ciała. Szerokie spektrum działania kamertonów pozwoliło już w wielu przypadkach wyleczyć stany zapalne, guzy, torbiele, choroby układu kostnego, moczowo-płciowego, trawiennego czy oddechowego, przewlekłe depresje, chroniczne zmęczenie, stres, menopauzę, otyłość i cellulitis, różnego pochodzenia bóle, zaburzenia psychiczne, autyzm, Parkinsona czy SM. Dotyczy to nawet najcięższych chorób, z nowotworowymi włącznie. Silny potencjał dźwięków ma też znaczenie oczyszczające, gdyż wspomaga wydalanie z organizmu wszelkich toksyn. Tym samym mobilizuje siły obronne ustroju, co umożliwia również szerokie wykorzystanie tej metody w profilaktyce. Pozwala ona bowiem cieszyć się życiem oraz na długo zachować zdrowie i młodość, chroniąc nas przed chorobami czy przedwczesnym starzeniem się.

W mojej metodzie – podkreśla Barbara Romanowskaważne jest jedno, by kamertony były bardzo dokładnie dostrojone. Nie mogą one pochodzić z nieznanego źródła, gdyż mogłyby nie zadziałać w ogóle w moich technikach, a nawet wywołać negatywne skutki. Rekomendowane przez Akademię Dźwięku Kamertony są wytwarzane w różnych zestawach przez producenta, który dokłada wszelkich starań, aby spełniały wszelkie normy (w tym unijne, gdzie nie jest wymagany certyfikat ISO dla tego wyrobu medycznego klasy I). Kamertony są dostrajane bardzo dokładnie do wyrytej na nich częstotliwości, wykonane ze specjalnego stopu aluminium najwyższej klasy (stosowanego do budowy samolotów) z domieszką magnezu i innych pierwiastków, strojone w temperaturze 21°C oraz posiadają często zastrzeżony patentem specjalny kształt w zależności od rodzaju stosowanej techniki.

Barbara Romanowska w jednej osobie łączy więc coś, co dla innych może być pozornie niewykonalne. Z jednej strony, jest matką i gospodynią domową, z drugiej zaś, często podróżuje z wykładami i pracuje z ludźmi potrzebującymi jej pomocy. Jako właściciel firmy fonograficznej, a obecnie Akademii Dźwięku, jest autorką trzech książek przetłumaczonych na obce języki, a także wielu płyt z muzyką. Ta koncertująca wokalistka, pianistka i kompozytorka, a jednocześnie aktywna i medytująca joginka, łączy typowo muzyczną wiedzę z możliwościami ciała i ludzkiego umysłu oraz aspektem duchowym człowieka.

Od samego początku – mówi – najważniejszym dla mnie celem jest pomaganie ludziom. Rozpoczynając od dobrej nowiny, czyli muzyki Gospel, którą wykonuję grając i śpiewając, za pomocą terapii dźwiękiem doprowadzam ich do uwolnienia z chorób, nawet tych najcięższych. Dzięki poznaniu badań i odkryć naukowców, którzy zajmują się oddziaływaniem dźwięku na komórki, postanowiłam wykorzystać w swojej pracy te cudowne odkrycia i opracować metodę opartą na technikach z użyciem naturalnej fali dźwiękowej, którą uważam za przyszłość w leczeniu. Moim marzeniem jest wprowadzenie tej metody do szpitali, ośrodków rehabilitacji, hospicjów, itp., czyli wszędzie tam, gdzie ludzie cierpią z powodu bólu, choroby czy problemów psychicznych. Pragnę wspomóc w ten sposób medycynę tradycyjną, a pomysł ten zaczął się powoli realizować, gdyż moja metoda gości już w wielu ośrodkach i klinikach zdrowia.

Historia pewnego uzdrowienia

A na zakończenie warto przypomnieć pewną ważną publikację w Nieznanym Świecie sprzed wielu lat. Została ona opatrzona przez redakcję tytułem Wygrać z nowotworem wraz z adnotacją: Ta publikacja to właściwie list. Ale jest on pod każdym względem szczególny. Jej autorem był Aleksander Opalski. Oto jej fragmenty:

Na początku stycznia 2003 roku w zakładzie pracy przeciążyłem lewą nogę. W efekcie tego w lewej pachwinie pojawiły się bóle i opuchlizna, z czasem coraz bardziej nasilające się. W takiej sytuacji udałem się do swojego lekarza rodzinnego, który po zbadaniu chorego miejsca przepisał antybiotyk (Unidox) i środki przeciwbólowe (Dicloreum), uznając, że mogę wrócić do pracy.
Opuchlizna w pachwinie zaczęła jednak szybko powiększać się, osiągając rozmiary piłki tenisowej, a ból nie ustępował. Postanowiłem więc ponownie zwrócić się do lekarza. Tym razem przepisał silniejsze niż poprzednie środki przeciwbólowe (Tramal).

Niestety, opuchlizna w pachwinie stale powiększała się, osiągając w końcu rozmiar porównywalny do dwóch pięści, a bóle nasiliły się do tego stopnia, że nie mogłem przejść więcej niż pięć kroków. Spowodowało to moją kolejną wizytę u lekarza, który dopiero w tym momencie (początek maja 2003) wypisał mi zwolnienie i skierował na badanie krwi, a następnie USG jamy brzusznej.
Analiza krwi wykazała istnienie w moim organizmie ostrego stanu zapalnego (OB 53 mm), a USG - guz wewnątrz jamy brzusznej, w okolicy lewego talerza biodrowego o rozmiarach 9 x 9 cm. Następnie zostałem skierowany na badanie TK (tomografia komputerowa) jamy brzusznej i miednicy. Potwierdziło ono istnienie w lewej części miednicy małej, w lewym podbrzuszu dużego guza (15 cm), który spowodował przemieszczenie w prawą stronę esicy i pęcherza moczowego.

Zostałem skierowany na oddział chirurgii ogólnej, gdzie wykonano pierwszą operację, podczas której pobrano z guza wycinek do badań histopatologicznych. Wykazały one istnienie nasieniaka. Ze szpitala skierowano mnie na konsultację do Instytutu Onkologii, gdzie zalecono dodatkowe badania USG jąder i markerów nowotworowych. W ich wyniku ustalono, że nowotwór zaatakował lewe jądro. W lipcu - w efekcie nacieku guza na wiązki nerwowe - pojawiły się trudne do wytrzymania bóle.
9 lipca 2003 doszło do drugiej konsultacji w Instytucie Onkologii. Zalecono wykonanie operacji usunięcia zaatakowanego przez nowotwór jądra. Bóle lewego uda po niej ustąpiły, ale niestety kosztem utraty czucia w nodze. Po zagojeniu ran pooperacyjnych poddano mnie chemioterapii: VI cykli wg schematu BEP.
W okresie od czerwca do grudnia 2003 r. spadłem na wadze, a poziom hemoglobiny krwi obniżył się do 10 g (prawidłowo u mężczyzn 14-18 g/100 ml). Dały o sobie znać również wszystkie skutki uboczne chemioterapii.

Na początku roku 2004 usłyszałem o nowoczesnej terapii częstotliwościami dźwięków kamertonów. Pomimo mojego dość „technicznego podejścia” (posiadam tzw. umysł ścisły) oraz niewiary w sposoby „cudotwórców-uzdrowicieli” postanowiłem zainteresować się tą metodą, gdyż przekonały mnie do niej podstawy fizyki (fala dźwiękowa już od dawna stosowana jest przecież w postaci ultradźwięków np. przy rozbijaniu kamieni nerkowych).
Poszedłem więc na seminarium mgr Barbary Romanowskiej (Barbara Angel), która łączy ugruntowaną i popartą studiami na wielu fakultetach typowo muzyczną wiedzę z terapią. Zainteresowało mnie też jego hasło wywoławcze: „Uzdrawianie 3 w 1: Ciało-Umysł-Dusza”.
Jak dowiedziałem się podczas zajęć, w sferze walki z chorobami (szczególnie nowotworami) umysł ma bardzo istotne znaczenie i, jeśli chce się wyzdrowieć, należy z nim pracować. Na seminarium zdobyłem jednak przede wszystkim bardzo cenną wiedzę o terapiach dźwiękiem kamertonów w różnych przypadkach chorobowych, a przede wszystkim o jednej z nich - technice przeciwnowotworowej, która najbardziej mnie interesowała.

Niezwłocznie wyposażyłem się w 8 potrzebnych częstotliwości, dzięki którym dochodzi do „rozbicia” komórki nowotworowej, co zostało poparte badaniami prowadzonymi w USA przez francuskiego uczonego Fabiena Mamana. Na fotografiach miałem okazję zobaczyć komórkę nowotworową doprowadzoną do „wybuchu” właśnie dzięki zastosowanym zmiennym częstotliwościom dźwięków. Zaufałem tej metodzie, gdyż, jak zauważyłem, zdrowe komórki dzięki dźwiękom zostają tylko„odżywione”. Wzrasta bowiem poziom hemoglobiny we krwi, nasycenie jej tlenem itp., a właśnie tego teraz bardzo potrzebowałem. Nie mając nic do stracenia, rozpocząłem codzienne stosowanie dźwięków określoną techniką.
Wynik TK jamy brzusznej z 17 marca 2004 r. wykazał zmniejszenie się guza do rozmiarów 7,5 x 6 cm o zatartych obrysach, a rezultat kontroli markerów sytuował mnie w gronie ludzi zdrowych. Kiedy zaś w sierpniu 2004 roku poszedłem na radioterapię, lekarze zaczęli pieczołowicie szukać miejsca do naświetlań, które zaznaczyli wcześniej. Ku ich zaskoczeniu nie mogli guza zlokalizować!

6 września 2004 wykonano rezonans magnetyczny miednicy małej. Wynik okazał się zdumiewający: zanik guza, obecność zwłóknień po odbytym leczeniu, markery - wzorcowe, morfologia krwi - znaczne podwyższenie hemoglobiny (do 13,6 g). Co więcej - rezonans magnetyczny głowy zrobiony 27 września 2004 r. wykazał, że stwierdzona uprzednio zmiana nowotworowa w obrębie tkanki mózgowej (tzw. przerzut) należy do przeszłości. Mówiąc innymi słowy: badanie to nie ujawniło żadnych zmian patologicznych.
Obecnie (styczeń 2005) moje samopoczucie jest dobre, a waga ciała wzrosła aż do 100 kg!

W zakończeniu autor stwierdził: Oczywiście nie mam 100 % pewności, czy w moim przypadku pomogło tradycyjne leczenie, czy częstotliwości fal dźwiękowych, ale jedno jest pewne. Lekarze stwierdzili, iż nie spotkali się jeszcze z tak szybkim ustąpieniem guza tych rozmiarów i zupełnym zanikiem „przerzutu” w mózgu - przy dodatkowym odzyskaniu w krótkim czasie sił u pacjenta oraz wzroście poziomu hemoglobiny jeszcze w czasie stosowania tradycyjnego leczenia (jak wiadomo, jego skutki uboczne utrzymują się długo po zakończeniu tego typu terapii).
Jestem ogromnie wdzięczny Pani Barbarze Romanowskiej (teraz rozumiem, dlaczego ludzie nazwali ją Angel - Anioł) za umożliwienie mi skorzystania z potężnej broni przeciw nowotworom, jaką stanowią kamertony w połączeniu z medycyną konwencjonalną. Rodzi to wielką nadzieję dla tysięcy ludzi na całkowite wyleczenie się z tej ciężkiej choroby. Ja zaś, dysponując obecnie wiedzą o roli dźwięku w leczeniu, stałem się osobą udzielającą porad, jak stosować kamertony w różnych schorzeniach, gdyż sam stanowię najlepszy przykład ich działania.

Kontakt z Barbarą Romanowską.

Dorota Górska

Z Archiwum Nieznanego Świata - 8/2012

 

 
 
Powered by JS Network Solutions