Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Tekst, który udostępniamy, powstał – aż trudno w to uwierzyć – przed ponad 20 laty i został wydrukowany w nr. 2 „Nieznanego Świata” z 1990 roku (był to zarazem drugi numer miesięcznika w ogóle). Prezentujemy w nim sylwetkę Pawła Połoneckiego – jednego z najświetniejszych polskich healerów ostatnich trzydziestu lat, który przez cały ten okres, działając w kraju i zagranicą, cieszy się opinią jednego z najskuteczniejszych rodzimych bioenergoterapeutów. Oczywiście od tamtego czasu sporo się zmieniło. Na temat Pawła Połoneckiego ukazała się m.in. książka, której nakład jest już całkowicie wyczerpany, on sam zaś dodatkowo umocnił swoją pozycję na międzynarodowym rynku. Znają go nie tylko w Polsce, lecz również w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Szwecji i innych państwach, w których systematycznie gości, śpiesząc chorym z pomocą.

Przypomnienie poświęconej mu historycznej już publikacji przydaje jednak całej sytuacji dodatkowego kolorytu i pobudza do wielu ważkich refleksji dotyczących naturalnych metod leczenia. (Redakcja)

Wzajemne oddziaływanie mesmeryczne skończyło się tak, że potężny Anglik zbladł i osunął się na ziemię

Nie jest przypadkiem, że człowiek, o którym piszemy dziś w naszym stałym redakcyjnym cyklu „Poczet healerów polskich”, w początkach lat osiemdziesiątych został nazwany przez pacjentów „Harrisem znad Wisły”. Sprawił to swoisty „dynamit” (to również określenie zapożyczone od chorych), jakim emanują dłonie tego niepozornego, szczupłego mężczyzny, zaliczanego do ścisłej czołówki rodzimych bioenergoterapeutów.

Paweł Połonecki, bo o nim mowa, należy z pewnością do postaci nietuzinkowych: jego częste, zwłaszcza ostatnio, wyjazdy za granicę, gdzie przebywa niejednokrotnie długie tygodnie, a nawet miesiące, powodują, że chorzy, którym pomaga, są od lat zdani na nieregularne z nim kontakty, co utrudnia terapię. Jednocześnie jednak nie ulega wątpliwości, że Połonecki jest jednym z najskuteczniejszych polskich healerów, a osiągane przezeń rezultaty należą do najbardziej spektakularnych.

Połonecki wszedł do polskiego healingu przebojem na początku lat osiemdziesiątych. Swoje możliwości ujawnił po raz pierwszy na szerszym forum w 1981 r. podczas warszawskiego sympozjum „Bioenergoterapia i radiestezyjne metody diagnostyczne”. Kamera filmowa zarejestrowała wówczas obraz jego rąk: nieproporcjonalnie dużych w stosunku do całej sylwetki; niespokojnych, chciałoby się powiedzieć: w pewien szczególny sposób wyrazistych. Wykonane w kilka lat później zdjęcia kirlianowskie potwierdziły to, co zrazu było rejestracją bardziej intuicyjną niż obiektywną: niezwykle silną i doskonale widoczną na kliszy aurę wyraźnie kontrastującą z fotografiami zrobionymi w grupie kontrolnej osób, które wspólnie z nim poddano badaniu. Zaś podczas doświadczeń prowadzonych przy pomocy specjalnej aparatury pozwalającej mierzyć – w porównywalnych jednostkach – potencjały czynnościowe pomiędzy palcami obu dłoni okazało się, że wyniki Połoneckiego wielokrotnie przewyższają wartości, które uzyskali inni uczestnicy eksperymentu.

O swojej drodze do bioenergoterapii mówił w prasowych wywiadach wielokrotnie, przypomnijmy ją więc jedynie w telegraficznym skrócie. Na niezwykłe właściwości jego organizmu zwrócił po raz pierwszy uwagę nieznajomy, którego Połonecki zabrał samochodem z przystanku autobusowego, a który okazał się znanym radiestetą.

Skonstatował on, że Paweł emituje bardzo silne biopole i nakłonił go, by poddał się testom w Warszawskim Stowarzyszeniu Radiestetów. Wstępna diagnoza okazała się w pełni trafna, a dwudziestoparoletni wówczas urzędnik bankowy (wcześniej pracował jako ślusarz oraz kierowca) przypomniał sobie epizody z przeszłości, świadczące o tym, że istotnie już wcześniej zdarzało się, iż swoim dotykiem, a nawet samą tylko obecnością, pomagał chorym. Dotąd jednak nie przywiązywał do tych faktów znaczenia, kładąc wszystko na karb przypadku.

Tak się złożyło, że mamy możność śledzenia healerskiej działalności Pawła Połoneckiego już od ośmiu lat. Jest to dostatecznie długi okres, by pokusić się o próbę uogólnienia wniosków płynących z tych obserwacji, zwłaszcza że osobiście uczestniczyłam w wielu eksperymentach i doświadczeniach z jego udziałem.

Przede wszystkim, co należy szczególnie podkreślić, Połonecki należy do tych bioenergoterapeutów, którzy bardzo chętnie poddają się wszystkim testom oraz badaniom.

Tak było na przykład, gdy doktor Leszek Ruszkowski z Kliniki Położnictwa i Ginekologii Akademii Medycznej w Warszawie zaproponował mu w 1982 r. zdiagnozowanie grupy pacjentek szpitala; nie inaczej, gdy w 1985 r. doszło do eksperymentów z jego udziałem, zainicjowanych przez zespół naukowców z Katedry Rehabilitacji oraz Zakładu Fizjologii Człowieka i Biochemii Nauk Biomedycznych AWF w Krakowie we współpracy z Oddziałem Rehabilitacji krakowskiego Szpitala Zespolonego z Witkowicach.

Doświadczenie przeprowadzone w warszawskiej klinice polegało na odnajdywaniu przez Połoneckiego u kobiet miejsca najlepszej słyszalności tętna płodu (w tym celu posługiwał się różdżką). Prawidłowość diagnozy sprawdzano w taki sposób, że we wskazanym przez healera punkcie ciała lekarz przykładał następnie głowicę aparatu USG i porównywał informację z odczytem na monitorze. Trafność wskazań była stuprocentowa (zawsze w tym miejscu biło serce płodu). Mniejsza okazała się wówczas, gdy chodziło o ciążę mnogą. Jak się wydaje, było to jednak związane z niedostateczną wówczas znajomością przez bioenergoterapeutę anatomii człowieka. Połonecki nie wiedział po prostu, jak zinterpretować odbierane przez jego organizm tego typu złożone informacje.

Natomiast rezultaty uzyskane podczas eksperymentów w krakowskiej AWF (prowadził je zespół pod kierownictwem dr Marii Pąchalskiej) okazały się już, w całym tego słowa znaczeniu, frapujące. M. in. w ich trakcie na podstawie tzw. analizy widmowej emisji fotonowej wyładowań elektrycznych u chorych po udarze mózgu, którzy zostali poddani oddziaływaniu uzdrowiciela – stwierdzono wyraźne i szczegółowo opisane przez naukowców różnice intensywności tej emisji. Zdawały się one świadczyć, że bioenergoterapia i psychoterapia stanowią dwa różne i odmienne jakościowo zjawiska jakkolwiek sugestia słowna prawdopodobnie (co jest zresztą – zauważmy – zgodne z doświadczeniem życiowym) wzmacnia osiągany efekt terapeutyczny. Wzmacnia, ale go nie zastępuje!

Najciekawszy z tego punktu widzenia okazał się przebieg tzw. klinicznego eksperymentu krzyżowego przeprowadzonego z udziałem healera na grupie chorych z afazją po udarze mózgu, których leczono na Oddziale Rehabilitacji szpitala w Witkowicach. Pacjentów poddano działaniu bioenergoterapii w różnych sytuacjach. W pierwszym przypadku wiedzieli oni, że Połonecki oddziałuje na nich, innym razem nie byli tego świadomi. W kolejnej fazie doświadczeń chorzy byli dla odmiany przekonani, że są poddawani działaniu bioenergoterapeuty, podczas gdy w rzeczywistości jego głos odtwarzano z taśmy magnetofonowej (wchodziła tu zatem w grę jedynie sugestia słowna). Przez cały czas trwania eksperymentu chorym wykonywano badania za pomocą spektrofluorymetru odpowiednio zaadaptowanego do zapisu analizy widmowej emisji fotonowej wyładowań elektrycznych z palców obu rąk. Zdaniem dr Marii Pąchalskiej, znanego neuropsychologa i logopedy, adiunkta Instytutu Rehabilitacji krakowskiej AWF, uzyskane rezultaty świadczyły, iż efekt bioenergoterapeutyczny występował również wtedy, gdy działo się to bez wiedzy pacjenta (Połonecki oddziaływał na niego z ukrycia). Dodajmy, że szczegółowe wyniki badan z udziałem Pawła Połoneckiego zostały zaprezentowane przez wspomniany zespół naukowców (w jego skład obok dr Pąchalskiej wchodzili również J. Domański, H. Knapik i J. Solski) na III Sympozjum Towarzystwa Psychotronicznego w Warszawie „Psychotronika 85”, wywołując zrozumiałe poruszenie wśród obecnych na sali lekarzy.

Kilka słów o samym Pawle Połoneckim, który ma obecnie (1990 r. – przyp. red. ) 38 lat i przy swoim 167-centymetrowym wzroście waży zaledwie pięćdziesiąt kilo. Charakterystyczną rzeczą jest przy tym, że po całodniowym przyjmowaniu pacjentów (których liczba nierzadko przekracza setkę) waga jego ciała – co sprawdziliśmy kilkakrotnie – potrafi spaść o 2-3 kilogramy. Stanowi to, jak utrzymuje sam zainteresowany, efekt wypromieniowanej przez niego podczas oddziaływania na pacjentów bioenergii.