Była dzieckiem bardzo chorowitym: trzykrotnie umierała i tyleż razy została cudownie uzdrowiona. Lekarze nie mogli wyjść ze zdumienia, jak to możliwe, że żyje. Dziś Maria Bogacka z Częstochowy, zaliczana do najciekawszych polskich naturalnych terapeutów, skutecznie pomaga innym. Wielu chorych zawdzięcza jej powrót do zdrowia, a niektórzy ocalenie życia


Urszula Węgrzyk, 02/2018

Jako sześciolatka leżała w częstochowskim szpitalu przy ulicy Barbary z obustronnym zapaleniem płuc, które kilkakrotnie się powtarzało. Obok niej na tej samej sali ulokowano ciężko chorą na nerki Basię. Patrząc na jej wykrzywioną z bólu twarz, kierowała do Boga pytanie: dlaczego dzieci muszą cierpieć? Niestety mimo wysiłków lekarzy dziewczynka zmarła, a Maria bardzo przeżyła jej śmierć. To był szok i zarazem punkt zwrotny w życiu przyszłej uzdrowicielki. Owszem, spotykała się ze śmiercią dorosłych ludzi, ale nie dziecka. Jej umysł nie mógł tego zaakceptować.

To właśnie wtedy podjęła decyzję. Klęcząc przed obrazem Czarnej Madonny na Jasnej Górze, zaciskała pięści i prosiła o łaskę zdrowotnego dotyku; o to, by mogła dotknąć chore dziecko, które dzięki temu wyzdrowieje.

Wcześnie nauczyła się czytać. Lubiła zwłaszcza bajki, w których wszystko się dobrze kończy i głęboko wierzyła, że życzenia się spełniają. Była przekonana, że gdy dorośnie, będzie pomagać ludziom w odzyskaniu zdrowia. Nigdy nie prosiła o coś dla siebie, zawsze dla innych, i tak pozostało do dzisiaj.

Jej samej – jak uważa – to właśnie Matka Boska Częstochowska trzykrotnie przywróciła życie.

Młodość, praca, zainteresowania

mariabogacka2Ukończyła Technikum Ekonomiczne, podjęła pracę w Metalplaście, wyszła za mąż. O dziecięcej prośbie dawno zapomniała. Natomiast w pracy, gdy kogoś coś bolało – pomagała. Czasami wystarczył tylko dotyk jej ręki, pogłaskanie chorego miejsca.

Kiedyś w dziale technologicznym, do którego wysłał ją szef, usłyszała fragment prowadzonej rozmowy. Ktoś skarżył się na potworny ból ucha uniemożliwiający mu funkcjonowanie. Niewiele się zastanawiając, podeszła do tego mężczyzny i... włożyła mu palec do ucha. Pracownicy patrzyli na to z przerażeniem. A ona w popłochu zostawiła na biurku normy techniczne, z którymi przyszła. Oznajmiła też szefowi, iż może ją natychmiast zwolnić, ale ona do działu technologicznego już nie pójdzie. Wytłumaczyła dlaczego. A nazajutrz tamten człowiek podszedł do niej i zadał pytanie: – Co pani zrobiła, bo mi ropa z ucha wyciekła?

Wkrótce całe biuro wiedziało o jej uzdrawiających zdolnościach, a kilka osób prosiło o pomoc w różnych dolegliwościach. Gdy wkrótce potem usunęła koleżance silny ból kręgosłupa, ta zdziwiona krzyknęła: – Maryniu! Ty masz złote ręce!

Poznawanie energii

Dzieciństwo i młodość oznaczało dla niej pasmo niekończących się chorób. Tak było do 16 roku życia. Energią i bioterapią zaczęła interesować się w latach 80. ub. wieku. W Polsce przyjmował wtedy chorych Clive Harris. Nigdy nie uczestniczyła w jego seansach, ale uważnie je obserwowała. Zrozumiała wtedy, dlaczego jej dotyk – podobnie jak u angielskiego uzdrowiciela – pomaga w likwidowaniu bólu pleców, brzucha, głowy, zębów. Tak rozpoczęła się jej przygoda z bioenergoterapią.

Była – i nadal jest – czupurna oraz przekorna. Po pierwszym nieudanym małżeństwie jej świat się zawalił! Poszła na Jasną Górę i wyżaliła się Matce Boskiej. Pytała: czemu życie wciąż układa się jej pod prąd? Modliła się gorąco o to, aby dane jej było poznać Boską Mądrość. Uważała, że ta ludzka jest... do niczego!

Minęły dwa tygodnie. Od znajomej dostała skserowaną książkę o hunie: Odkrycie wewnętrznej mocy sztuki uzdrawiania Paula Watersa. W czasach głębokiej komuny w księgarniach trudno było znaleźć literaturę, jaka ją interesowała.

Ziarno zostało zasiane. Zaczęła zdobywać wiedzę. W 1997 r. ukończyła – z dobrym wynikiem – kurs medycyny naturalnej w Polskim Centrum Ustawicznego Kształcenia Dorosłych RADIUS w Raciborzu. Placówka ta, kierowana przez mistrza Zdzisława Hudaka, otrzymała akredytację MEN w zakresie szkoleń z medycyny naturalnej.

Wcześniej, w 1989 roku razem z drugim mężem zostali bez pracy. W poszukiwaniu zatrudnienia wylądowali w Zawierciu. Było ciężko.

Po kilku latach pani Maria, wówczas 50-latka, podjęła decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej. Uprawnienia do tego posiadała, ale... umiejętności to jedno, potrzebni byli jeszcze pacjenci.

– Zawsze miałam świadomość, że jeżeli coś robię z pasją, to musi się to udać – mówi Maria Bogacka. – Musiałam pracować i zarabiać na chleb, ale to była dla mnie przyjemność, realizowanie zainteresowań, które miałam od dziecka. Przecież już wtedy prosiłam Boga, by pozwolił mi pomagać innym. Czasami musiałam pohamować swoje zapędy, aby nie podbiec na ulicy do chorego przechodnia i nie zaoferować swojej pomocy.

– Siłę – dodaje – czerpałam z Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Tam jest niesamowita energia i moc. Nastawienie, cel, głęboka wiara, że to, co robię, wykonuję dobrze, są dla mnie bardzo istotne. Mogę skutecznie pomagać coraz większej liczbie osób, a uzdrawiający dotyk wyprosiłam właśnie tam, na Jasnej Górze.

Perłowe gody z bioterapią

mariabogacka3Dziś jako dyplomowana bioterapeutka ma za sobą 20-letni staż, a gdy do tego dodać dziesięć wcześniejszych, kiedy już pomagała innym, choć jeszcze bez dyplomu, wychodzi 30. Takie perłowe gody z bioterapią.

Półtora roku temu trafiła do niej 8-letnia dziewczynka z Szczekocin ze zdiagnozowanym rakiem kości. Wcześniej przeszła operację nogi. Do Marii Bogackiej przyprowadziła ją mama zaniepokojona faktem, że mimo upływu kilkunastu miesięcy kość córeczki nie zrastała się. Lekarz stwierdził, że jeżeli nie nastąpi to w ciągu kilkunastu tygodni, dziecko czeka implant.

Bioterapeutka przekazała małej pierwszą dawkę energii i… od razu zaczęły się zmiany. Zaniepokojona matka zadzwoniła jeszcze tego samego dnia, informując, iż córka ma temperaturę 40 stopni C i nie może oderwać głowy od poduszki. Zadała pytanie, czy ma z nią iść do lekarza? Bioterapeuta nie może tego zabronić, ale... może wytłumaczyć procesy zachodzące w organizmie, który broni się sam przez podwyższanie lub obniżanie temperatury, co przyczynia się do wyeliminowania bakterii. Wizyta u lekarza może opóźnić ten proces. Decyzja należała jednak do matki dziewczynki.

Mimo że chora czuła się fatalnie, jak w czasie najcięższej grypy, wzięła odpowiedzialność za swoje działanie. Ponownie spotkały się po dwóch tygodniach, w końcu sierpnia. Dziewczynka trochę się bała, ale mama wytłumaczyła jej konieczność zabiegu. I historia powtórzyła się: 40 stopni gorączki! Oprócz tego małą wszystko bolało, nie mogła się ruszyć.

A po trzech dniach sytuacja się unormowała.

We wrześniu pojechały do szpitala w Kielcach. Po prześwietleniu lekarz stwierdził, że stał się cud i, by podziękować za uzdrowienie, powinny pojechać do Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasną Górę.

Ta historia miała miejsce przed 10 laty. Dziś Maria Bogacka mówi: – Byłam przeszczęśliwa, że udało mi się uratować to dziecko.

Nieudana operacja laparoskopowa

Dramatyczna wręcz okazała się diagnoza lekarska dotycząca pewnej warszawianki. W 2016 roku zaniepokojona znajoma skontaktowała się z panią Marią. Z jej relacji wynikało, że koleżanka miała operację laparoskopową torbieli na jajniku, która niestety nie powiodła się. Być może na skutek zmęczenia lekarza albo zwykłego niedopatrzenia, igłę zamiast w jajnik, wbito w tętnicę brzuszną. Zainfekowany był cały brzuch. Według opinii przedstawicieli medycyny konwencjonalnej z takiej przypadłości wychodzi 1% ludzi. Lekarze nie dawali chorej szans na powodzenie, prosili rodzinę i przyjaciół, żeby przyjechali się z nią pożegnać.

– Wysyłałam jej energię – wspomina pani Maria – w dzień i w nocy. Trzy dni po zabiegach energetycznych chora wyszła z krytycznego stanu, a niedługo potem opuściła szpital.

Guz wątroby

Jedna z pacjentek Marii Bogackiej, Ślązaczka, miała guza we wnętrzu wątroby. Lekarze orzekli, że nowotwór nie kwalifikuje się do operacji ani zastosowania chemii. Kobieta ma żyć spokojnie, pozałatwiać swoje doczesne sprawy i... czekać na ostatnią godzinę.

Zrozpaczona zjawiła się u Marii, która doszła do wniosku, że wpływ na jej chorobę mają ciągłe kłótnie z siostrami, które wmawiają kobiecie, że jest nic nie warta. Aby to zmienić – przekonywała – musi się sama dowartościować, zerwać ten toksyczny związek i pojechać do sanatorium. Zaleciła także zażywanie w kroplówce lewoskrętnej witaminy C. Jednocześnie pomagała swoją energią.

Minęły trzy miesiące. Profesor, u którego leczyła się niewiasta, nie mógł wyjść ze zdziwienia. Chora, której nie dawał żadnej nadziei, wyzdrowiała. – Jestem bardzo zadowolony – krzyknął – że wyciągnąłem panią z trumny!

Gruczolak w głowie

Mąż koleżanki Marii Bogackiej spadł z pułapu 5 metrów na beton. Miał na wysokości nerwu wzrokowego gruczolaka (3,5 cm). Lekarz zawyrokował: Bez operacji nic się nie da zrobić, gruczolak zacznie rosnąć, a pan będzie tłukł głową w mur i nawet najsilniejsze narkotyki nie pomogą!

Wspomnienia bioterapeutki o tym przypadku:

Gdy go zobaczyłam, byłam przerażona. Widziałam opuchniętą, siną twarz. Wyglądał tak, jak gdyby miał za chwilę umrzeć. Wtedy pierwszy raz poczułam niesamowitą pokorę. Do tej pory uważałam się za dobrą bioterapeutkę, ale… Stałam za nim i w myślach rozmawiałam z Bogiem: Przecież oni wychowują trzy córeczki, jak ona sama sobie poradzi? Prosiłam: Panie Boże, niech mi ktoś pomoże, nie dam sobie rady! Nigdy przedtem nie udało mi się wzbudzić w sobie takiej pokory, jak wtedy.

I w tym momencie gdzieś z prawej strony pojawiła się taka różowa plama, energia, która spłynęła wprost na jego głowę. Stałam oczarowana, patrzyłam na to, jak na super zjawisko, a ta energia po jakimś czasie znikła.

Byłam jak w amoku: złapałam tego mężczyznę w pół i zaczęłam z nim kręcić młynka. Pewnie pomyślał, że zwariowałam. Poprosiłam go: „Tadziu, jedź na Jasną Górę, podziękuj Matce Boskiej”. Tak zrobił. Potem, gdy obejrzeli go lekarze w Warszawie, okazało się, iż gruczolak skurczył się do pół centymetra. Zdziwiony profesor zapytał: „Co pan zrobił? Przecież to niemożliwe, żeby organizm tak dobrze zareagował na tabletki”.

Szumy w uszach

mariabogacka4Inna z jej pacjentek miała szumy w uszach i wciąż o tym mówiła. Po pierwszym przekazie energii, rankiem zaropiało jej całe oko. Nie mogła go otworzyć. Wcześniej pacjentka wspominała, że od pięciu lat bez przerwy czuła ukłucia pod powieką, powtarzające się przy każdym mrugnięciu. Badano ją w kilku klinikach w Częstochowie, Warszawie, wykonano też rezonans magnetyczny. Wszystko bez rezultatu. Po jednym przekazie Marii Bogackiej drobinki ropy (jak na komendę) zebrały się w jednym miejscu i... zeszły.

Dna moczanowa

Pacjent z dną moczanową zjawił się z wynikami badań, z których wynikało, że ma o 800% przekroczony poziom szczawianów wapnia. Stale zażywał silnie działający lek przeciwbólowy Tramal. Po kilku zabiegach healerki zrobił mu się wrzód pod kolanem. Poszedł do chirurga, ten zaś stwierdził, że mu to miejsce oczyści, a potem zaszyje.

Bioterapeutka poprosiła go, aby dał szansę organizmowi. Ten wrzód jest przecież po to, aby przez otwory ciało się oczyściło. Mężczyzna posłuchał – i tak się stało. Na pamiątkę przechowuje w słoiku szczawiany wapnia, przypominające gruboziarnistą sól. Kolejne badania przyniosły wynik poniżej normy.

Wszystko bierze się z psychiki!

Maria Bogacka nieustannie podkreśla, że zdrowie i choroba zakotwiczone są w psychice. Dlatego działa na cały organizm, a jednocześnie wzmacnia właśnie psychikę chorego. Oto przykład.

Młody, 23-letni chłopak, którego babcia zmarła na raka krtani, ubzdurał sobie, że także cierpi na tę chorobę. Nie może przełykać i... wkrótce umrze. Terapeutka przesunęła dłonie nad jego gardłem i stwierdziła: Ma pan tutaj zaburzenia, ale one są na tle psychicznym. W pana wieku myśli się o dziewczynach, a nie o chorobach. Był taką reakcją zaskoczony, a potem zaczął się śmiać. Ona także.

Po upływie miesiąca od tej wizyty przyszła do niej mama młodego hipochondryka i zapytała, co pani Maria zrobiła, że syn ani razu nie wspomniał o chorym gardle. Ona tak to komentuje: Jestem przekonana, że gdyby dalej trwał w tym przekonaniu i cały czas się nakręcał, wcześniej czy później zachorowałby na raka.

Śmiech to także nauka

Ignacy Krasicki pisał: I śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się człowiek z przywar, nie z osób natrząsa. Częstochowska healerka często stosuje tę maksymę. Kiedy widzi przerażonych, spiętych pacjentów, stara się z nimi żartować, bo przecież nie taki diabeł straszny, jak go pewien kiepski malarz namalował. Większość negatywnych myśli jest – jak uważa – jedynie produktem naszej wyobraźni. Nakręcamy się, idziemy po równi pochyłej. O czym myślisz – to przyciągasz. Naszej podświadomości jest obojętne, co nam odda, bo energia nie ma ciała, nie rozumie więc naszych kłopotów. Maria o złotych rękach (jak ją nazywają) skutecznie pomaga wielu ludziom (wiek nie ma tu żadnego znaczenia) z silną nerwicą lub depresją. Dziewczyny i chłopcy często mają problemy wynikające z niskiej oceny na studiach, czy kłopotów z partnerką lub partnerem. Tłumaczy im wtedy, iż nie udaje im się coś dlatego, gdyż pracują na poziomie niskich energii, a tu działa zasada rezonansu: podobne przyciąga podobne. Jeżeli operujemy na niskich poziomach energetycznych, sami siebie klasyfikujemy jako ludzi wierzących w kłopoty, nieszczęścia i choroby.

By przyciągać energie z wyższej półki, trzeba zmienić sposób myślenia i dowartościować się. Przykładem może tu być jedna z pacjentek pani Marii, marząca o chłopaku z zasobnym portfelem, inteligentnym, wykształconym. Jak jednak takie marzenie miałoby się spełnić, skoro dziewczyna jest z niższej półki i nienawidzi samej siebie? Dlaczego wymarzony przez nią chłopak miałby ją pokochać?

Jedyna, wyjątkowa, niepowtarzalna

mariabogacka5Tak już ma, że od dziecka buntowała się przeciwko schematom, konwenansom i czołobitności. Zawsze uważała, że jest jedyna, wyjątkowa i niepowtarzalna. Do Pana Boga zwracała się takimi słowami: Przecież jestem Twoim ukochanym dzieckiem! Tak też się czuje i dlatego świat wokół zaczyna się zmieniać.

– Jeżeli cały czas się oskarżamy – słyszę – mamy poczucie winy, to pracujemy w niskich energiach. Nigdy nie będzie nam się w życiu dobrze układało. Człowiek powinien znać i cenić swoją godność. W momencie, gdy zrobi coś nie tak, musi za to zadośćuczynić, gdyż tak działa podświadomość. Oskarżanie się i obwinianie nie prowadzi do niczego dobrego. Wybaczam innym, wybaczam sobie – to wszystko. Proste, prawda? Staram się przekazywać tę prawdę ludziom, którzy przychodzą do mnie i obwiniają się za to, iż są grzeszni, że zrobili to czy tamto. Pytam wtedy: Kiedy zwraca się do ciebie koleżanka z podobnym problemem, potępiasz ją, czy pocieszasz? Z pewnością pocieszasz. Jeżeli tak, to dlaczego nie robisz tego w stosunku do siebie, jesteś dla siebie katem, „biczujesz się”? Przecież przyszliśmy na ten świat po to, by nasza dusza doświadczała jedności z ciałem. Oddzielanie ciała od duszy jest nieszczęściem. Na poziomie duchowym jesteśmy tą samą energią.

Na długo zapamiętała – z powodu niewiarygodnego zdarzenia – jazdę busikiem do Szczekocin. Nagle odczuła, iż nie ma ciała, jest czystą energią, świadomością, obecną we wszystkim: w ziemi, powietrzu, ptaku. Oddychała także jak ziemia: puf, puf. To było coś fantastycznego. Ze szczęścia ciurkiem leciały jej łzy. Prosiła wtedy Boga, by pozwolił jej jeszcze raz coś tak fantastycznego i niepowtarzalnego przeżyć. Można to spuentować w ten sposób, że góra zaoferowała jej nowe doświadczenie – gdy będzie pracować nad sobą i rozwijać się duchowo, wejdzie na wyższe poziomy.

Nasze życiowe PIT-y, czyli dotrzymanie obietnic

Bioterapeutka uważa, że gdy przeglądamy całe swoje życie i wybieramy kolejne wcielenia, rozliczamy się. Inaczej mówiąc: sami wypełniamy życiowe PIT-y z każdego roku. Trzeba – po raz kolejny akcentuje – bardzo uważać właśnie na myśli i emocje. Stale powtarza pacjentom: Jeżeli nie potrafisz dotrzymać słowa – nie obiecuj. Powiedz: postaram się, może mi się uda itp. Bo gdy nie dotrzymasz obietnicy, oznacza, że jesteś niewiarygodny dla swojej podświadomości. Dlatego tak trudno potem uwolnić się od nałogów.

TO zdarzyło się kilka lat temu. Młody człowiek, do którego ją wezwano, od pięciu godzin leżał w szpitalu w śpiączce. Lekarz stwierdził, że pacjenta nie można już uratować. Poprosiła wtedy swoją podświadomość: ocal tego człowieka! Jednak żeby podświadomość wiedziała, że to dla niej bardzo ważne, złożyła obietnicę, iż przez 5 lat zrezygnuje ze swojego jedynego nałogu, jakim była kawa (z powodu niskiego ciśnienia piła jej 3-4 filiżanki dziennie). I tak się stało – młody człowiek przeżył, a ona przez pięć lat nie piła kawy! Na początku strasznie się męczyła, ale słowa dotrzymała.

A skoro już o ciśnieniu mowa. Kilka lat temu zadzwoniła do niej pani Ewa z Francji, opiekunka starszej kobiety cierpiącej na wysokie ciśnienie. Nie pomogły żadne środki farmakologiczne, więc dziewczyna poszukiwała dla swojej podopiecznej pomocy. Gdy jednak terapeutka poprosiła ją o udostępnienie zdjęcia chorej, oburzyła się i powiedziała: No, wie pani, dobry bioterapeuta wysyła energię na dźwięk imienia.

Po 30 minutach od wysłania przez Marię Bogacką energii, ciśnienie pacjentki znacznie spadło. Od tej pory wysyła również energię na odległość.

Niedowiarków w jej możliwości jest sporo, bywają wśród nich utytułowani naukowcy. Onegdaj odwiedził ją wykładowca z Politechniki, który na wstępie wyznał, iż nie wierzy w to, co robi pani Maria, ale tak go boli nerka, że przyszedł tu po namowach znajomych. Przekazała mu z pewnej odległości energię, przy czym wywiązał się między nimi taki oto dialog:

Profesor: – To gdzie pani ma ręce?

– No przecież widzi pan, gdzie.

– To proszę przyłożyć rękę na moją nerkę, bo jak pani nie przyłoży, to przecież nie zaiskrzy!

Kiedy wytłumaczyła mu, jak działa przesyłanie energii na odległość, był w szoku. Zamiast wyjść drzwiami, wszedł w ścianę!

– Wcześniej powiedział do mnie tak: „No dobrze, wysyła pani energię, ale po kilku takich przekazach ona się osłabia”. Odpowiedziałam: „Nie!”. „ Jak to nie?”. „No nie, bo ja energię dostaję”. „Od kogo?” – pyta. „Z góry, od Boga”. Popatrzył na mnie i uznał za osobę pomyloną.

Ma dużo pięknych wizji. Czasami budzi się w nocy, jest pośrodku oceanu, a koło jej nosa pływają ryby. Wyciąga rękę, potem palec, a ryby to omijają, czyli ją widzą. Wtedy otwierają się jej portale do innych wymiarów.

Podziękowania, czyli módlcie się sercem

– Zawsze – mówi bioterapeutka Maria – za wszystko dziękuję Bogu, nawet za złamanie ręki. Powtarzam to stale: wszystko zaczyna się od emocji, dlatego tak ważne jest kontrolowanie swoich myśli i uczuć! Emocje pochodzą z serca, potem wędrują do głowy i wtedy mózg reaguje na nasze myśli i słowa. Z tego powodu wiele modlitw pozostaje niewysłuchanych. Tłumaczę więc ludziom: nie módlcie się głową, módlcie się sercem!

mariabogackakontakt 

 

 
 
Joomla Extensions