Historia własna samouzdrowienia, metody terapeutyczne i wiara w moc pozytywnych myśli Janusza Imiołczyka przypominają doświadczenia znanej na całym świecie, amerykańskiej terapeutki Louise Hay, autorki kultowej książka Możesz uzdrowić swoje życie. Wykorzystując swoją ogromną charyzmę i dar przekonywania, Janusz Imiołczyk skutecznie nakierowuje swoich pacjentów na ścieżkę szczęścia i zdrowia 


Agnieszka Janiszewska-Szczepanik, NŚ 10/2017

Jest doktorem nauk humanistycznych, byłym pracownikiem Polskiej Akademii Nauk. Później pracował w korporacji.

W 2012 roku zdiagnozowano u niego nowotwór pęcherza o wysokim stopniu złośliwości. Na początku, jak każdy pacjent onkologiczny, był załamany i zadawał sobie pytanie: dlaczego ja? Być może to naukowa dociekliwość spowodowała, że zaczął intensywnie poszukiwać odpowiedzi, czytając i oglądając w internecie wszelkie możliwe materiały z dziedziny medycyny akademickiej, naturalnej, fizyki kwantowej, totalnej biologii, biologii molekularnej i wielu innych. Po jakimś czasie dotarło do niego, czym naprawdę jest nowotwór. Próba zrozumienia raka poprzez badanie komórek nowotworowych pod mikroskopem przypomina próbę zrozumienia działania internetu za pomocą analizy śrubki, która wypadła z obudowy komputera. Dochodząc do takiego wniosku uznał, że jedyna skuteczna terapia musi opierać się na podejściu holistycznym.

Na początku poddawał się zabiegom medycznym, jednak wraz ze wzrostem świadomości skupił się już tylko na zmianie negatywnych przekonań, które były odpowiedzialne za powstanie guza.

Wygrana walka z nowotworem

Jakie konkretnie wnioski skłoniły Janusza Imiołczyka do wkroczenia na całkowicie nową ścieżkę zdrowienia? Przede wszystkim świadomość tego, że nowotwór, jak i każda inna choroba, jest desperackim wołaniem ciała (a pośrednio: duszy) o to, aby źle zaprogramowany umysł przestał je gnębić. Wszystkie choroby, jego zdaniem, powstają jako efekt jakiegoś wewnętrznego nieszczęścia. A że rodzaje nieszczęść są różne, stąd tyle najróżniejszych przypadłości.

– Gdy pojąłem, że sam stworzyłem swojego raka, przestałem czuć się ofiarą, a poczułem, że jestem panem sytuacji i mogę sam wyprowadzić się z choroby. Przestałem poświęcać uwagę dolegliwościom, aby dłużej nie zasilać jej swoją energią i wkrótce byłem zdrów. Dopiero po roku, ulegając prośbom rodziny, pojechałem na badanie kontrolne. Już na wejściu powiedziałem znajomemu lekarzowi:Jestem pewien, że tam nic nie ma”. A po badaniu poprosiłem, by przysłał kiedyś do mnie jakiegoś pacjenta nowotworowego, a ja mu pomogę. O dziwo, lekarz nie zareagował negatywnie na ten przejaw „arogancji” i zgodził się. Może zabrzmi to szokująco, ale rak był najszczęśliwszym wydarzeniem w całym moim życiu, bo pozwolił mi z człowieka nieszczęśliwego stać się szczęśliwym. Dziś Janusz Imiołczyk dzieli się swoją wiedzą i nową świadomością z wieloma, zgłaszającymi się do niego osobami.

Twórcą naszych chorób jest umysł. Chorób nie wytwarzają same z siebie nasze ciała. Czyni to nieszczęśliwy, niewłaściwie zaprogramowany umysł. Wszystkie pojawiające się na naszej drodze trudności – streszczam jego poglądy – są dobre, gdyż służą rozwojowi. Na wszystkie zgodziliśmy się jeszcze tam, po drugiej stronie, gdzie powstał plan naszej duszy. – Pijący ojciec i krzycząca matka to tylko aktorzy w spektaklu, realizacja naszego duchowego kontraktu. Jednak nie oznacza to, że całe życie mamy kręcić się w kółko, powtarzając toksyczne wzorce z dzieciństwa. Wręcz przeciwnie. – Ten scenariusz cały czas piszemy na bieżąco i w każdym momencie to my decydujemy, co się zdarzy. Naszym zadaniem jest wyzwolić się z niepotrzebnych schematów myślowych i przerobić karmiczne lekcje. Zostaliśmy obdarzeni wolną wolą, więc w każdej najbardziej nawet dramatycznej sytuacji zawsze możemy powiedzieć: dość. Ale też stracić na jedną lekcję jedno, drugie i dziesiąte wcielenie, bo czasu jest nieskończona ilość. Można się uczyć i uczyć, tylko po co tak cierpieć? Lepiej się nauczyć – podkreśla mój rozmówca.

Czyszczenie „panelu sterującego”

Przerobienie konkretnej życiowej lekcji, zdaniem Janusza Imiołczyka, jest równoznaczne z wyzdrowieniem lub przynajmniej znaczną poprawą stanu zdrowia. Konieczne okazuje się oczyszczenie naszego „panelu sterującego”, jakim jest kora przedczołowa, do której w dzieciństwie nawrzucano mnóstwo komunikatów w rodzaju: To jest za trudne, Nie umiesz, Kasia robi to lepiej od ciebie, Świat jest zły itp., itd., a następnie gruntowne przeprogramowanie psychiki. To niełatwe, ale stanowi jedyną skuteczną drogę wyjścia z kryzysu. Gdy zaś nam się uda, umysł przestaje stwarzać dolegliwości, gdyż choroba świadczy właśnie o niewłaściwie splątanych neuronach w mózgu.

Niestety sama zmiana świadomości nie wystarczy, gdyż jest tylko punktem wyjścia. Przeczytanie dziesięciu książek o prowadzeniu samochodu nie oznacza, że nauczyliśmy się jeździć – trzeba wsiąść do auta i ruszyć w drogę. Czyli właśnie stworzyć nowe sploty neuronów i na trwałe wprogramować sobie nową umiejętność.

Oczywiście nauka bywa bolesna, jednak cierpienie ma sens. W naszym świecie bez nieszczęścia nie pojmiemy, czym jest szczęście. Dusze niczego by się nie nauczyły, gdyby każde kolejne wcielenie upływało im w stanie spokojnego błogostanu. Dlatego pojawiają się przeszkody, wyzwania, dzięki którym wzrastamy i dopiero wtedy możemy osiągnąć stan prawdziwej radości. – Pamiętajmy, że każdy z nas jest jedyną osobą, która może stworzyć swoje własne szczęście, napisać pozytywny scenariusz do własnego bajkowego spektaklu, którym może stać się nasze życie. Ja sam stworzyłem sobie szczęśliwy spektakl i innym z całego serca doradzam to samo – mówi terapeuta. I dodaje, że Nasze życie to rodzaj wycieczki turystyczno-edukacyjnej, podczas której mamy możliwość mnóstwo zobaczyć, przeżyć i się nauczyć. Ważne, by wyciągnąć z niej jak najwięcej i uczynić radosną przygodą!

Nie wierz własnym zmysłom

Na najgłębszym poziomie naszego jestestwa jesteśmy duszami, czyli po prostu energią. Obecne ciało to ubiór skrywający, który pojawił się dla potrzeb realizacji konkretnych doświadczeń życiowych. – Przecież Einstein już mówił, że wszystko jest energią, a my nie wyciągamy z tego wniosków, bo jest to sprzeczne z potrzebami biznesowymi elit tego świata. Natomiast zmysły to genialne przetworniki energii w obrazy, dźwięki, zapachy, czy smaki, w które wyposażył nas Bóg, aby nasze dusze były w stanie doświadczać materialnego świata, a przez to się uczyć. Jednak cały czas dobrze mieć świadomość, że tak naprawdę jesteśmy cząstkami Boga, czyli mamy moc stwarzania rzeczywistości. Jeśli „produkujemy” złe myśli, wytwarzamy złą rzeczywistość i bierzemy udział w kreowaniu tej negatywnej ogólnoludzkiej energii.

A co z tego wynika w sferze zdrowia? To, że poprzez wiarę mamy pełną możliwość osiągnąć wyleczenie z chorób. Jeśli zaś jakaś dolegliwość trwa latami, oznacza to, że nadal czegoś się nie nauczyliśmy.

Wiara może mieć też znak ujemny. Jeśli ktoś wierzy, że jest słaby i chory, tak właśnie będzie. – Nie chcę tu nikogo oceniać, bo sam bardzo długo nie odbierałem „maili” od Boga, co wreszcie skończyło się nowotworem. Jednak warto przebudzić się jak najszybciej – słyszę. Jeśli człowiek jest w stanie siłą myśli wytworzyć stygmaty, to na tej samej zasadzie tworzy astmę, alergie, chorobę Parkinsona oraz inne schorzenia. I tak samo jest w stanie wyzdrowieć z każdej choroby, choć wymaga to dużego samozaparcia i determinacji w procesie przeprogramowania świadomości.

Zasady symulacji rzeczywistości

Nasz materialny świat Janusz Imiołczyk określa mianem genialnej boskiej symulacji rzeczywistości, która w swej istocie jest wibracją. I, niczym w grze komputerowej, tu również obowiązują pewne reguły, które umożliwią nam odbycie szczęśliwej, pełnej radości rozgrywki. Co to za reguły?

Najważniejsze, by być dobrym człowiekiem, czyli żyć według jezusowej zasady: Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Po drugie: Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego, ze szczególnym zwróceniem uwagi na drugą, często ignorowaną część tego zdania. Mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek kochać samych siebie, gdyż Bóg jest miłością i chce dla nas jak najlepiej. Nie powinniśmy więc wykorzystywać wolnej woli do wyrządzenia sobie krzywdy (a dzieje się to, gdy tworzymy w ciele choroby). Poza tym nie obdarzymy nikogo miłością, jeśli najpierw nie będziemy w stanie pokochać sami siebie. I po trzecie, należy być prawdziwym sobą, odkryć to, kim się jest, czego się chce, co daje nam szczęście. Jak mówi pan Janusz, najwięcej energii zużywamy na noszenie nie swoich masek i udawanie kogoś, kim nie jesteśmy. Każdy jest niepowtarzalny i zasługuje na życie w zgodzie ze sobą.

Ziółka i zdrowa dieta nie wystarczą

Mój rozmówca twierdzi, że każda choroba ma podłoże psychiczno-emocjonalne, więc żadna medycyna, ani naturalna, ani tym bardziej nienaturalna, nie może uzdrowić nieszczęśliwego umysłu. Zdrowie jest tylko skutkiem ubocznym szczęścia. Oczywiście ciało okazuje się ważne i odpowiednie zioła, czy też właściwe odżywianie to bardzo pożądane elementy procesu terapeutycznego. Jednak zmiana stylu życia ma głównie polegać na modyfikacji wzorców myślowych i poszerzeniu świadomości. Dopiero wtedy zmieniają się podejmowane na co dzień decyzje, które są składowymi naszego samopoczucia. Jeśli człowiek jest szczęśliwy i ma niezłomną wolę życia, nie będzie w stanie go zniszczyć nawet określona ilość toksyn czy chemii. – W moim rozumieniu nie potrzebujemy żadnych specyfików, nawet naturalnego pochodzenia. To, czego potrzebują ludzie chorzy, to niezłomnej wiary w swoją własną moc i możliwość całkowitego uzdrowienia. Dlaczego jest tyle różnych diet odchudzających i mało która w dłuższej perspektywie bywa skuteczna? Z tego samego powodu – źródła otyłości znajdują się w głowie.

Jesteś swoim najlepszym lekarzem

Co konkretnie pan Janusz doradza swoim klientom? Dokładnie to, o czym pisze Louise Hay, czyli uzdrowienie swojego życia”. Przy czym dla każdego będzie to oznaczać tak naprawdę co innego, bo nie ma tu uniwersalnej recepty.

Janusz Imiołczyk najpierw wysłuchuje historii czyjejś choroby oraz życia i wyciąga z tego wnioski. Ciało to symbol, gdy ktoś np. uważa, że życie jest ciężkie, z czasem zaczyna się garbić. Cukrzyca z kolei to choroba braku miłości (słodyczy). Jednak nie są to wzorce, na których zawsze można polegać – czasem problem jest złożony, dlatego konieczne okazuje się indywidualne podejście. – Nie nazywam sam siebie uzdrowicielem, bo nikogo nie mogę uzdrowić. Mogę podzielić się swoim doświadczeniem, jakąś częścią swojej wiedzy, dopasowując ją do konkretnego przypadku. Jednak powtarzam: każdy z nas jest sam swoim najlepszym lekarzem. Sami stwarzamy choroby i tylko my jesteśmy w stanie je usunąć – podkreśla.

Nie przyjmuje ludzi, którzy zostali „przysłani” przez osoby trzecie, gdyż uważa, że każdy musi dojrzeć do zmian i zrozumieć ich potrzebę. - Jeżeli nadal rozkładamy ręce i zdajemy się na medycynę konwencjonalną, to brakuje nam wiary – zauważa. I dodaje, że gdy ktoś nosi biały kitel, nie oznacza, że jest w stanie nam pomóc. Ważniejsze są „kompetencje moralne”, czyli to, czy mamy do czynienia z dobrym człowiekiem.

Sześciotygodniowy kurs zmiany przekonań

Z pacjentem rozmawia raz, układając dla niego program afirmacji. Zaleca również... odbycie samodzielnego intensywnego sześciotygodniowego „kursu” transformacji negatywnych wzorców w pozytywne.

Dlaczego akurat sześciotygodniowego? Ponieważ tyle czasu potrzebują nasze neurony na utworzenie nowych splotów. Czy zawsze się to udaje? Nie, gdyż wdrożenie zmian jest trudne w warunkach strachu, który często towarzyszył pacjentom z nowotworami. Ponadto, jeśli ktoś „otrzymał” szczególnie uszkadzające oprogramowanie, czasem potrzebna okazuje się dalsza pomoc.

­­– Trudno wystartować do lotu, kiedy ktoś latami leżał na dnie. Wszyscy bierzemy udział w międzypokoleniowej sztafecie przekazywania wzorców myślowych. Ania ma zaniżoną samoocenę, bo mama miała zaniżoną samoocenę, tak jak babcia. W ten sposób można dojść do średniowiecza. Rodzice nie są w stanie przekazać nam nic ponad to, co noszą w sobie. Dlatego wybaczenie aktorom spektaklu jest również niezwykle istotne, bo chowanie urazy uderza w nas samych.

Podstawą procesu zmiany musi być usunięcie złej energii z czasów dzieciństwa, wykształcenie nowej wizji siebie i świata oraz głęboka wiara w możliwość wyzdrowienia. Sześć tygodni to czas, w jakim możemy „wgrać nowe oprogramowanie”. Ciało - jako część gęstej materii - może potrzebować go więcej, ale podlega ono umysłowi i wreszcie zregeneruje się.

– Nie ma dróg na skróty, konieczna okazuje się praca i stworzenie siebie od nowa. Gwarantem zdrowia jest szczęśliwy umysł. A to, że zmiana wymaga czasu, stanowi również pewne zabezpieczenie. W przeciwnym razie wystarczyłoby nierozważnie powiedzieć: Zaraz mnie trafi szlag – i już byłoby po nas – śmieje się pan Janusz.

A podświadomość to tylko „nagrywarka”, nie powinna więc nami rządzić. Mamy możliwość umieścić w niej dowolny program służący naszemu szczęściu.

Bez Boga nie ma zdrowia

Do czasu swojego uzdrowienia był ateistą. Obecnie jednak jest przekonany, że nie możemy być całkowicie zdrowi i szczęśliwi bez wiary w to, że istnieje Bóg, który nas kocha.

– Mamy tyle zeznań osób, które przeżyły śmierć kliniczną i wracają z obszaru jasnego światła za ciemnym tunelem, tyle przepadków regresji hipnotycznych, że nie powinniśmy mieć już chyba wątpliwości, że „po drugiej stronie” czeka nas dalsze życie. Naszym celem jest coraz bardziej zbliżyć się energetycznie i jakościowo do Boga, od którego się wywodzimy. I nie ma to nic wspólnego z religią, bo tam gdzie pojawia się religia, tam próbuje się Boga wykorzystać jak biznes.

Robić to, do czego jest się stworzonym

Swoją egzystencję sprzed choroby Janusz Imiołczyk nazywa fantomowym życiem. Uważa, że każdy do pewnego momentu (a czasem niestety aż do śmierci), nieświadomie odtwarza obce oprogramowanie. Jeżeli jawi się ono jako wyjątkowo negatywne, wówczas jesteśmy nieszczęśliwi i chorzy. Natomiast każdy przychodzi na ten świat ze swoją unikatową misją życiową, o której informuje nasz wewnętrzny głos, jeśli tylko umiemy się w niego wsłuchać. W dzieciństwie bardzo wyraźny, potem niestety systematycznie zagłuszany, nadal jednak pozostaje słyszalny.

Największymi mistykami są dzieci – mają kontakt z własną duszą, wiedzą co je cieszy, postępują spontanicznie.

– Jeśli ktoś rodzi się jako muzyk, a spędza życie jako architekt, będzie dostawał sygnały w postaci uczuć dyskomfortu, dolegliwości ciała, braku satysfakcji. Ja zawsze chciałem być psychologiem, jednak życie ułożyło się inaczej. A obecnie właściwie pracuję jako psycholog i lekarz, nie mając odpowiednich papierów. Ale nie papiery są najważniejsze, lecz szczera chęć pomocy – słyszę.

Janusz Imiołczyk jest pewny, że działalność terapeutyczna to jego życiowa misja. Dlatego nie mam żadnej ustalonej opłaty za terapię. Praca sprawia mi największą radość. Oczywiście muszę z czegoś żyć, więc ludzie płacą mi za sesje, jednak nie wyznaczam żadnej konkretnej kwoty – podkreśla.

Prowadzi też własny kanał na You Tube oraz stronę na Facebooku, którą odwiedzają tysiące fanów. Tam również dzieli się swoją wiedzą i tym, czego nauczył się od innych.

– Cały czas korzystam z nauk Bruce'a Liptona, Louise Hay, Wayne'a Dyera, Eckharta Tolle i wielu, wielu innych, którym dużo zawdzięczam. Jednak to, co robię, jest syntezą wszystkich tych podejść. Uważam też, że im więcej osób będzie otwierać innym oczy na to, kim tak naprawdę są i co mogą dla siebie uczynić, tym lepiej będzie nam wszystkim się żyło. Trzeba ratować tę planetę poprzez emisję dobrej energii miłości – podsumowuje na zakończenie naszej długiej rozmowy.

Od redakcji: Bohater długo nie chciał zgodzić się na to, by o nim napisać. Podał również do siebie jedynie kontakt mailowy, gdyż, jak stwierdził, kto ma do mnie trafić, ten trafia. A ponieważ w dużej mierze pracuje z ludźmi z całej Polski i zagranicy poprzez Skype, w jego przypadku dostęp do internetu jest konieczny.

 imiolczykkontakt

 

 
 
Joomla Extensions