Nurty alternatywne wypełniają lukę, która powstała jako efekt braku zaufania do lekarzy, pogłębiającego się mimo postępu diagnostycznego i terapeutycznego, rosnącej biurokracji służby zdrowia, a także słabej efektywności medycyny akademickiej w radzeniu sobie z chorobami przewlekłymi oraz cywilizacyjnymi. Nierzadko ludzie szukający pomocy w zakresie terapii naturalnych wpadają w zamęt informacyjny, toną we wszystkouzdrawiającym gąszczu.


Helena Rudzka, NŚ 7/2017

Istnieje wiele cennych terapii wywodzących się z różnych kultur medycznych, których sprawdzoną przez wieki skuteczność potwierdza współczesna nauka. Choćby hinduska ayurveda i Tradycyjna Medycyna Chińska, jak również doświadczenia mieszkańców Ameryki Południowej oraz Syberii w zakresie ziołolecznictwa. Akupunktura czy przyżeganie moksą to metody znakomite. Warunkiem jest jednak wykonywanie ich przez odpowiednio wyszkolonych specjalistów.

Tymczasem na różnego rodzaju targach i imprezach, z gościnnymi występami pojawiają się oryginalne postacie proponujące wielce tajemnicze metody, a niemogące się wylegitymować źródłem swojej wiedzy oraz jej solidnością. Odnalezienie się w tym jest nie lada sztuką. W takich przypadkach często mamy do czynienia ze zjawiskiem tłumaczenia niewiadomego niewiadomym. Z drugiej strony trudno wymagać od zwykłego terapeuty, aby biegle poruszał się np. w tematyce fizyki kwantowej, zdającej się potwierdzać wiele z praktyki parapsychologicznej (vide badania z diodą białego szumu i generatorami przypadku na Uniwersytecie Princeton zapoczątkowanymi niejako przez Einsteina).

Świat idzie naprzód. A co uczyniono przez ponad 40 lat w obszarze polskiej bioenergoterapii, by ją uwspółcześnić, wprowadzić do niej nowoczesne odkrycia naukowe albo chociaż podstawową wiedzę medyczną oraz terapeutyczną? Co można zrobić, by świeciła własnym blaskiem, zaczęła być traktowana poważnie jako metoda wspomagająca medycynę akademicką i znakomita profilaktyka?

Niewiele, gdyż rodzima bioenergoterapia tkwi w paradygmacie wynalazków sprzed wieków oraz koncepcjach, które nawet w Indiach wydają się egzotyczne, choć stamtąd się właśnie wywodzą. Nieliczne jaskółki wiosny nie czynią.

Odpowiedzi (rozwiązania) należałoby szukać być może nie tyle w duchowości, co w nauce skutecznego działania. Zajmijmy się tym, na co możemy mieć wpływ. A więc: • sposobem kształcenia bioenergoterapeutów i naturopatów • programami nauczania oraz podstawowymi wymogami programowymi, które pozwalają uzyskać certyfikat uprawniający do wykonywania zawodu, a także wykorzystaniem istniejących regulacji prawnych

Tymczasem środowisko bioenergoterapeutów poświęca energię przede wszystkim sprawom, na które nie ma wpływu,  nie docenia natomiast tych, na które taki wpływ posiada. Istnieje wiele kursów i szkół, ale sytuacja jest mało klarowna – tłumaczy Ryszard Gąsierkiewicz, dyrektor oraz założyciel jedynej w Polsce szkoły, w której można zdobyć oficjalne uprawnienia rzemieślnicze w zakresie bioenergoterapii i jednocześnie zawód Opiekuna Medycznego z listy Ministra Zdrowia.

Pamiętajmy, że profesjonalne uprawnienia zdobywa się dzięki egzaminom kwalifikacyjnym w zawodach ujętych w rejestrze MEN. Jeśli bioenergoterapeuta czy nautorpata ma mieć uznawane w obrocie gospodarczym wykształcenie medyczne, nie wystarczy ukończenie pierwszego z brzegu kursu.

Jedyną w naszym kraju szkołą, która zapewnia takie przygotowanie, jest właśnie Policealne Studium Psychotroniczne im. Juliana Ochorowicza w Krakowie. Słuchacze uczą się tu najbardziej nowoczesnych technik Medycyny Energetycznej, a jednocześnie zdobywają prawo do wykonywania zawodu medycznego wpisanego na listę Ministra Zdrowia. Pozwala to na ich logiczne osadzenie we współczesnych realiach a tym samym stanowi swoiste połączenie ognia z wodą. Dysponując przynajmniej podstawami wiedzy medycznej, łatwiej nawiązać kontakt z nierzadko nastawionym wrogo środowiskiem lekarskim. To m.in. kwestia umiejętności mówienia o sprawach trudnych tym samym językiem.

Nie mając bezpośredniego wpływu – jako bioenergoterapeuci – na przekonania i sposób myślenia medyków, musimy dokonać zmian we własnej świadomości i ustalić standardy kształcenia w tym zawodzie, możliwe do zaakceptowania przez świat medycyny akademickiej – podkreśla dyr. R. Gąsierkiewicz.

Badacz zjawisk niewyjaśnionych, twórca Laboratorium Energii Subtelnych, a jednocześnie członek licznych gremiów naukowych Włodzimierz Zybertal sugeruje, by nie wyważać otwartych drzwi. Przykłady dobrych rozwiązań w tym zakresie funkcjonują już na świecie, choćby w Niemczech, jak oficjalnie uznawany zawód Heilpraktiker. Większość standaryzowanych czynności wykonywanych przez Heilpraktikera jest refundowana z powszechnego ubezpieczenia, a istniejąca tam sieć szkół Paracelsus Schulle dba o należyty poziom wyszkolenia absolwentów.

Drogą do takiego stanu rzeczy byłaby: ● Jak największa standaryzacja szkoleń bioenergoterapeutów (trochę na podobieństwo kształcenia lekarzy), koniecznie z wykorzystaniem w jak najszerszym zakresie nowoczesnej wiedzy medycznej ● Wpojenie standardowych procedur działania (znów na podobieństwo procedur medycznych) ● Na ile to możliwe, zaznajomienie bioterapeutów z najnowszymi osiągnięciami awangardowej, otwartej nauki (teorie Rogera Penrose’a, Rupperta Shelldrake’a i im podobnych koryfeuszy nowoczesnej nauki) ● Odpowiednie szkolenie psychologiczne bioterapeutów. W tym fachu kluczowe czynniki powodzenia terapii to dobre rozpoznanie deficytów psychicznych pacjenta, trafne powiązanie objawów somatycznych z wewnętrzną problematyką, niekiedy z uwarunkowaniami rodowymi, wreszcie praktyczne przygotowanie w zakresie poradnictwa,– postuluje Agnieszka Gąsierkiewicz, psycholog, doświadczona terapeutka ustawień hellingerowskich.

Zdaniem Ryszarda Gąsierkiewicza da się wprowadzić to w życie. Sam posiada gruntowne wykształcenie, zarówno konwencjonalne, jak i alternatywne. Jako magister Zdrowia Publicznego ukończył Wydział Nauk o Zdrowiu. Jest psychoterapeutą i specjalistą odnowy biologicznej, a jednocześnie posiada tytuły mistrzowskie w zawodach bioenergoterapeuty i naturopaty oraz prawie 30-letnią praktykę. Gwarantuje to odpowiednie podejście do zakresu przekazywanej wiedzy i jej jakości.

wspobio

Absolwenci i słuchacze wyrażają się entuzjastycznie o pomysłach dyrektora. Dowodem list jednego z nich, Eugeniusza Skóry:

Spotkaliśmy się w Krakowie jako zabiegani, gniewni, „przypadkowi" kursanci. Teraz, gdy skończyliśmy naukę, zaczynam odczuwać brak możliwości i kontaktu z tyloma CIEKAWYMI, DOBRYMI LUDŹMI. Dziękuję Wam za wspólne rozmowy, rady, wiedzę, uśmiechy, wyrozumiałość dla błędów i gadającej nadgorliwości. Życzę, aby na Waszych twarzach gościła jak najczęściej radość, aby otaczali Was ludzie, których moglibyście nazwać nie tylko znajomymi.

Szczególne podziękowania przekazuję dla "Ojca Dyrektora" – p. Ryszarda Gąsierkiewicza. Jego wykłady zawsze były pokazem wiedzy, kunsztu wysławiania się, olbrzymiej erudycji oraz pasji, którą emanował. To cechy zanikające w naszych czasach, tym większa więc wdzięczność za możliwości spotkania i słuchania.

Proszę o przekazanie gorących podziękowań pozostałym członkom grona pedagogicznego. Uczyli, przekazywali swoją wiedzę, a my, na ile mogliśmy, wykorzystaliśmy tę okazję. W ślad za tekstem piosenki, chciałoby się powiedzieć: "To były piękne dni. Niezapomniane dni..."

Artykuł pochodzi z numeru 7/2017 NŚ (zakup numer w wersji elektronicznej)


 

 

 
 
Joomla Extensions