Nie jestem cudotwórcą, ale TO działa! - przekonuje naturoterapeutka z Wybrzeża. Helena Czarnojan, przedstawicielka Quanteca na Polskę,nazywana przez dzieci czarodziejką, która dzięki posługiwaniu się urządzeniem do instrumentalnej biokomunikacji widzi problem i wie, jak mu zaradzić

Była muzykiem i pedagogiem. Później splotem zdarzeń, zapewne nieprzypadkowych, mogła zrealizować drugą część siebie - pomagającą. Nie doznała w życiu objawienia, które wskazało nowy kierunek. Dochodzenie do naturoterapii to był proces.

Wspiera kobiety w trakcie porodów, energetyzuje domy, poprawia samopoczucie, relacje w rodzinach i pracy, pomaga w chorobach ludziom i zwierzętom. Większość jej pacjentów to dzieci.

Urodziła się w Nidzicy, małym miasteczku na Mazurach, w „mieszanej” rodzinie. Mama była pochodzenia niemieckiego, tata – Polakiem. Tam zrobiła maturę. W liceum myślała o studiach weterynaryjnych, skończyło się na pedagogice kulturalno-oświatowej i równolegle – muzyce.

Po studiach pracowała jako nauczyciel muzyki. Tak było do stycznia 1989 roku, kiedy z całą rodziną wyjechała do Niemiec. Miała wówczas 26 lat.

Musiała przeorientować swoje życie. Niemcy nie uznawali polskich dyplomów, a studiować wolno jej było tylko pedagogikę. Ponieważ nie chciała tracić czasu na poznawanie tego, co już znała, stanęła przed koniecznością wymyślenia sobie nowego zawodu.

Zaczęła od nauki języka i szukała czegoś związanego z medycyną. Dlaczego? Bo po pierwsze, od zawsze chciała być lekarzem weterynarii, a po drugie, pozbyć się własnych dolegliwości.

Narodziny duszy niosącej pomoc

Przekonanie, że na Zachodzie są superlekarze kazało jej wierzyć, że wyleczą ciągnące się za nią od zawsze choroby. Kiedy miała trzy miesiące, umierała w związku z niewydolnością wątroby i serca. Później cierpiała z powodu niestabilności układu krwionośnego, częstych omdleń, kłucia w okolicy serca, kompletnego braku cyklu miesiączkowego, regularnych angin, chronicznego zapalenia stawów czy bólów głowy.

W wieku 26 lat przechodziła premenopauzę. Mdlała, źle się czuła, nie mogła normalnie funkcjonować. Kilka miesięcy czekała w kolejce do profesora endokrynologa w Norymberdze. Niestety nie tylko jej nie pomógł, ale po zaleconych przez niego farmaceutykach czuła się gorzej.

Wtedy odkryła medycynę alternatywną

Dyrektorka Heilpraktikerschule, szkoły kształcącej lekarzy naturoterapeutów, do której aplikowała, podpowiedziała tabletki ziołowe. W efekcie, zanim zaczął się semestr, była zdrowa. A tyle lat cierpiała, łykając hormony, sterydy, doczekała się problemów z wątrobą. Przez lata nauki w Niemczech stała się inną, zdrową osobą. Była zafascynowana tym miejscem. Skoro można zdrowieć w takim tempie...

Już w trakcie studiów zabrała się za pomaganie. Najpierw w rodzinie. Testowała sole Schüsslera, podając je matce, która miała zespół suchego oka. Niedługo potem, kiedy siedziały razem przy kawie i zaśmiewały z jakiejś opowieści, mamie z oczu popłynęły łzy! Przeszły jej także dokuczliwe szumy w uszach. To było budujące, że można ponaprawiać nie tylko siebie, ale i innych. A ona tyle czasu straciła na chorowanie. Poczuła się zaczarowana.

Cioci, która miała ciężkie zapalenie trzustki, w wyniku powikłania po zapaleniu pęcherzyka żółciowego, podała kapsułki ziołowe. Trzustka zregenerowała się tak szybko, że lekarz prowadząca powiedziała wówczas do pacjentki: - Proszę słuchać siostrzenicy!

Kiedy w tamtym czasie przyjeżdżała do Polski, zawsze przywoziła coś nowego. Na przykład esencje Bacha, które w Niemczech można było kupić w aptece. Pomagały znakomicie, kiedy w rodzinie był problem z dorastającą młodzieżą, albo ktoś przeżywał rozterki duchowe. Te małe cuda okazały się impulsem do dalszego doskonalenia się w leczeniu holistycznym. Efekty ją uskrzydlały. Uznała, że skoro TO działa, warto uczyć się jeszcze więcej.

Nowy zawód: naturoterapeuta

Niemiecki system Heilpraktikerschule to trzy lata nauki zakończone pisemnym, ustnym i praktycznym egzaminem państwowym. Pozytywne zaliczenie oznacza pozwolenie na wykonywanie zawodu naturoterapeuty i przejście do kolejnego etapu - zdobycia specjalności. Może to być np. medycyna chińska, ale także akupunktura i homeopatia.

Końcowy, bardzo trudny egzamin Helena Czarnojan zdała za pierwszym razem. Z wyborem specjalizacji nie spieszyła się. Najpierw zgłębiała esencje Bacha, w kolejnym roku sole Schüsslera. Twierdzi, że nie ma nikogo, kto oparłby się tym terapiom. Robiła także specjalizację z różnego rodzaju diet. Po jej zaleceniach, wspartych terapią kroplami Bacha wielu pacjentów zdrowiało. Podnosiła się im samoocena, poprawiał humor. Kiedy jeszcze uzupełnili sole mineralne, efekty były rewelacyjne, a metody skuteczne w 100 procentach. Myślała nawet o otwarciu gabinetu porad dietetycznych.

Minęły dwa lata od skończenia szkoły. Praktykowała w tym czasie u pewnego starszego doktora, który chciał przekazać jej swój gabinet. Nie umiała się zdecydować. Kiełkowała w niej myśl o powrocie do kraju. Chciała propagować naturoterapię w Polsce. Nieco sceptyczny mąż namówił ją, żeby co do słuszności decyzji wyjazdu poradziła się jasnowidza. Zadzwoniła. Opowiedziała co robi - terapie oparte na diecie, esencjach Bacha i solach Schüsslera.
- To nie jest dla pani - usłyszała.
- Jak to nie? Umiem to, lubię, a te metody działają!
- Będzie pani pracowała w zespole czterech osób i będą to tematy neurologiczne.
- Mam wyjechać, czy zostać?
- Wyjechać!
- A co tam będę robiła?
- Niedługo się pani dowie.

 

 
 
Powered by JS Network Solutions